KWARTET JORGI "Live" Quartet 1994 (2 x MC)



Kasety te zawierają cały materiał wydany wcześniej na płytach "Live" (1985) oraz "Kwartet Jorgi" (1986)



Strona A

NIECHAJ TAŃCZY CERNUNNOS
  1. live play  Flowers of Edingburgh  
  2. Off to California
  3. Byrnes Hornpipe and Sheffield Hornpipe
  4. Sweet Molly
  5. Cadgers the cannongate and the gun in the thatch
  6. Chief O'Neil's Favonrike and Rakish Paddy
  7. The whistling thief and the gentleman thief
  8. Carolans receipt
  9. The high level hornpipe
  10. Ye Souldiers Dance
  11. Perrie Hoose ahint the burn and Corn riggs are bonny

Strona B

CZTERY SPOJRZENIA Z KREMENAROS
   spojrzenie łemkowskie
1. Wże sonce nyzeńko

   spojrzenie bukowińskie
2. Sirba

   spojrzenie huculskie
3. Zaśpiew
4. Wirowanie kołomyjki
5. Wspominanie dali
6. Rozwijanie kołomyjki

   spojrzenie nizinnopolskie
7. Oberek

Strona C

1. live play  BUKOWE BERDO  >
2. OLMORTS OLOF SVENSSON


Strona D

MUZYKA JASKINI ŁOTRÓW
   cz. 1. pieśni łotrów kurpsiowskich
1. live play  Ziosna  
2. Zaświeć niesiundzu
3. Śpiewka nocy
4. Śpiewka panny młodej
5. Duduki

   cz. 2 tańce łotrów irlandzkich
6. Gorzkie korzenie
7. Ogień









Jest wiosna 1994. Słucham muzyki Kwartetu sprzed dziesięciu lat. Nagrania te były publikowane na dwóch płytach wydanych przez firmę "Pronit". Cóż dzisiaj słyszę? Jest to muzyka Wesołych Zgromadzeń, Mitów, Medytacji i Spojrzeń. Sięgam dzisiaj do słów, które współtworzyły tę muzykę. Wybieram niektóre z nich, żeby przywrócić pejzaż tamtych lat, kiedy tworzyła się Zielona Fala.

FLETNIA PANA
Uwielbiałem je od dzieciństwa - wszystkie rośliny rosnące dziko, na peryferiach. Czy to nie dziwne, że kiedyś zachciało mi się gwizdać na trawach, cmokać w liście tataraku, skręcać piszczałki z kory, żłobić łodygi czarnego bzu, jaworowe gałęzie?

Powstawały proste instrumenty muzyczne, niemal wyjęte z natury, samorodne. Latem - piskawki ze źdźbła słomy, zimą multanki z badyli dziko rosnącego rdestu i przebierki sierszeńkowe z arcydzięgla. Ale przecież nie wystarczało pohukiwać w ręce i świstać w szczerby badyli. Wiatr robi to znacznie lepiej w szarugę jesienną - budzi tęsknotę do dźwięków skowycłzących, ciszy nieprzebranej, do zimowego słuchania chrzęstu śniegu i dzwonienia kamieni. Chciałem to uchwycić przy pomocy kruchej materii mega instrumentarium - zielnika, zebranego na krańcu ziemi już nie doglądanej.

Niech będzie poza uprawą muzyka. Zielona.

Wiosna jest przestrzenna tak bardzo i tak nagle, że jej krystalicznośc musi porazić. Woda jest żywa. Trzeba nam słuchać nieodgadnionego grania kumaków i lelów, błocisk z żurawiami, porannego szczebiotu. I oto jest chodzenie po trawie zielonej - nie po zeschłych liściach, słomie, śniegu, kamieniach.

To jest chodzenie!

Toteż wiosną nawet podłogi wysypane tatarakiem i jeśli jest muzyka człowieczą ręką klecona, to jest to granie na liściach, brzostach, ślimaczych muszlach, klaskanie w dłonie, gra terkotek i ligaw, tarła, klaskanek, tupanie w podłogę, gwizdy na wierzbowych różkach, skuduczach, są turkace, kusoce, multanki, uporczywe świsty i nawoływania, kiedy na sztuką ustawionych garnkach wiatr, jak na harfie eolskiej, gra. Grają trzciny. Słucham głosu traw.

To przecież Pan niestrudzenie gra na Syryndze - wielopiszczałkowej fletni. A może Ty jesteś szelestem trzcin?

Grecki Pan, ten z orszaku Dionizosa, tak natrętnie gonił piękną nimfę Syrinks, aż w końcu dobrzy, współczujący jej bogowie, przemienili uciekającą w trzcinę. I bożek słucha do dzisiaj tęsknego grania wiatru, wpatruje się w kołysanie, gięte wiatrem trzciny i gra swą melodię zwierzęcą, dionizyjską, na syryndze, którą zrobił ucinając kilka łodyg niedościgłej, ale przecież uchwyconej wreszcie i dośpiewanej trzciny. Kosmaty, z koźlimi uszami i rogami na głowie, zasmucony wieszcz śpiewogry. Marzę, a moje marzenia rozsypują się melodyjnie ku uciesze Dionizosa.


Buduję
ZIELNIK INSTRUMENTARIUM
Jest tu piskawa z czarnego bzu, duduk z arcydzięgla, przebieratka sierszeńkowa, jarmarczna piszczałka z jaworowej gałęzi, diatoniczne multanki bałkańskie z rdestu ostrolistnego, kurpsiowska ligawa z olszy, postna piszczałka beskidzka, jednoręczna piszczel wczesnośredniowieczna, pentatoniczna fletnia Pana, czurynga z astragala, tarła drewniane, brzękadła, muszle ślimaków wodnych.


MELODIE
I biorę melodie. Są mocne jak trzcina. Jak ona skonstruowane. Mogę je objąć jednym oddechem. Mocne są melodie Dionizosa.


O MITACH
A kiedy zima przyjdzie, cisza jest jak mgła - niekrystaliczna. I jeżeli jest już ogień, to dźwięki w nim opowiadają, bo ogień zimą to tylko syczenie wody, skwierczenie wilgotnych bierwion, trzask żagwi - gdy całkowity bezruch i oczekiwanie. Wielokrotne. Na zatracenie. Na zapatrzenie. Do zapamiętania. Biorę melodię Olafa Svenssona. Patrzę w zimowy ogień. Zjawia się wizja Początku.


"Na dalekiej Północy była Kraina Mgieł i Lodów. Od strony południowej sąsiadował z nią Świat Ognia, na którego krawędzi zasiadał potężny Surtr - Czarny z płonącym mieczem w dłoni. Dzieło stworzenia zapoczątkowało dwanaście strumieni, których wody toczyły się ku południowi i z rykiem wpadały w otchłań dzielącą oba światy. Ledwie zdołały zamienić się w lód, a już żar bijący od drugiego ze światów zamieniał go w parujące krople wody, w których wnętrzu zaczęło pojawiać się życie. Z kropel wyłoniła się postać olbrzymiego męża, któremu na imię było Ymir - Wyjący. Obok niego z hukiem przelewały się kaskady wód i ginęły gdzieś w przestworzach wszechświata, a zaraz po nich pojawiły się nowe fale nieokiełznanego żywiołu, z którego wyłoniła się nowa istota - krowa Audhhumla. Połykała soki czerpane z czterech stron świata i zamieniała je na pokarm dla Ymira.

Gdy zaczęło się dzieło stworzenia, na horyzoncie pojawiły się pierwsze promienie światła. Powiew wiatru poruszył mgły, a woda porwała ze sobą góry lodu. Zaczęła się walka żywiołów, a najbardziej wrzało i huczało tam, gdzie lód stykał się z ogniem. Kiedy zwyciężył żar, kaskady wody wpadały w przepastną Ginnungagap - otchłań wypełnioną kłębiącymi się chmurami i mgłą. Spowity oparami Ymir spał z głową opartą o brzeg Świata Mgieł. Wtedy wyrosły pod jego prawym ramieniem dwie istoty - mężczyzna i kobieta, zaś szczepione stopy wydały na świat olbrzyma Thrudhgelmira - Mocno Ryczącego, od którego wzięły początek wszystkie potwory".
Kiedy patrzysz w ogień zimą i syczą płonące żagwie, posłuchaj co mówią. Trwa przemiana, walczą żywioły. Czyż nie tak się dzieje z człowiekiem, który dopiero po przeobrażeniu swojej natury może odczuć piękno i urok świata?

O PRZEOBRAŻANIU
Wichru i szumu, derkań, rechotu, poświstu, nawoływań, zacietrzewień, szelestu, szmeru, świergotu, synagorliczeń, bierwionodrewnianych chrobotów, żagwi wiatru, trzasku, dzwonienia, łoskotu, wycia, kląskania nawet słuchałem.

Niepotrzebna mi była inna muzyka.

W dzień dżdżysty jakich wiele w Bieszczadach, tamtym jarem, w którym liście lepiężników po pas, wchodziliśmy na pasmo Bukowego Berda. Zielono było i mroczno, jak zawsze. Strumyczna woda przeciskała się przez błocko, z gałęzi leszczyn strzepywaliśmy nawisłe krople, aż w końcu zmęczeni i zupełnie zziębnięci siedliśmy na opitych wodą poduchach mchu. Las i cisza. Spojrzenia.

Wiesz jaka w te dni bywa kora buków?

O SPOJRZENIACH
Potem były spojrzenia jorgowe z góry Kremenaros, na której stykają się trzy granice. Cztery spojrzenia Kwartetu. Uwiodła nas bukowińska orgia koloru. Świat ostrych przypraw, skwierczącej oliwy, tańca. Tańczył Cernunnos z Zielonych Wysp. Po nizinach pląsał polskie oberki. Pląsał po górach - od Ukrainy po Irlandię.

A kiedy dzień się skończył i kiedy lato przeszło, znowu był czas śpiewogry. Bo jest albo żywa woda i ogień Sobótki, albo słoneczność zbiorów, albo zduszona cisza późnych Zaduszek. I był lament łemkowski. I były pieśni ostępów puszczańskich.

O ŁOTRACH
"Puszcza Ostrołęcka złączywszy się z Łomżyńską może się nazywać "spelonca latronum" - jaskinią łotrów, do niej bowiem chłopi, poddani królewscy, duchowni i szlacheccy swoim dzierżawcom i sąsiadom krzywd, szkód i innych bezprawi nawyrządzawszy, jako ad asylum munitissimum - do najbezpieczniejszego schroniska uchodzą i tam mieszkają. W puszczach pomienionych żyją na żadną ostrośc praw nic sie obawiając."

Są nieraz w Puszczy momenty, że słuchasz śpiewu Kuriów. Jedziesz na przykład nocą. Godzina jest dwunasta. Naraz odzywa się czyjś głos. Z początku zdaje ci się, że słyszysz wołanie pućki leśnej, bo głos jest urywany. Wytężasz słuch, cisza. Wszystko śpi w przyrodzie. Przestrzenie leśne i drogę, po której jedziesz oświeca księżyc i nagle śród ciszy nocnej dolata twych uszu przecudna melodia pieśni, którą zawodzi Kurp. A co jeden takt zaśpiewa, przystaje, cichnie, jakby wsłuchuje się w swój głos, który echo poniosło już hen, daleko. Pieśni te Kurpie nazywają leśnymi. Śpiewają je tak, żeby echo w borze odpowiadało".

Melodie nocne jak trzcina.
Mogę je objąć jednym oddechem.
Lecz mimo tej mocy krucha jest muzyka.
Rozsypuje się pod palcami skruszona piszczałka.
Jak pogodzić się z jednorazowym istnieniem,
z wiecznym rozsypywaniem się,
z konieczności nieustannego podnoszenia do istnienia
Muzyki?


Maciej