"Krasnogruda", nr 9, Sejny 1998


MACIEJ RYCHŁY


Gardzienickie metamorfozy
Moja praca i tęsknoty



     Pracowałem z teatrem Włodzimierza Staniewskiego.
      Pracowałem nad muzyką do Apulejuszowych Metamorfoz. Pomnażałem szczep muzyki Arche.
      W Gardzienicach karmiłem go pasją aktorów.
      Pławiłem się w dreszczach olśnień Staniewskiego.
      Dobry był to czas.
     
     
      Marianka, trudny orzech do zgryzienia

     Jest w Gardzienicach Marianna Sadowska, aktorka piastująca w teatrze sztukę chóralnego śpiewu. Przyjechałem kiedyś do wioski Gardzienice w czas przedświąteczny. Prezenty, Boże Narodzenie, swięty Mikołaj. Przyjechaiem z orzechami. Włoskimi. Bywają takie pod choinką.
      Ach, przywiozłeś greckie orzechy, stwierdziła Marianka. Nie! Tak! - powiedziałem. Włoskie orzechy przywiozłem. U nas nazywają je greckimi.
      Zatopieni w Słowiańszczyźnie łupaliśmy nasze egzotyczne orzechy. Orzechy, przybysze z dalekiego rozgrzanego południa. Chronione przed mrozem. Hodowane z powodzeniem. Łączył nas ich smak, dzieliło mniemanie o ich pochodzeniu. Włoskie? Greckie? Dzieliło nas też liczenie czasu, alfabet. Dla Marianki świętowanie miało się zacząć trochę później. Marianka jest Ukrainką.
     
     
      Pomysł Włodzimierza Staniewskiego

     Apulejuszowymi Metamorfozami Staniewski pasjonował się zawsze. Przed pracą nad spektaklem pojechał ze swoimi aktorami na wielotygodniową artystyczną łazęgę.
      Bezarabia, Połtawszczyzna, Huculszczyzna, Polesie. Wlekła się wesoła ciżba, karmiąc tęsknotę bezkresu, łaknąc zapachu ziemi, pragnąc spotkań z ludźmi. Budowała się materia doświadczenia. Nieprzekazywalna poprzez pismo. Niepowtarzalna. Wypełniająca biografie wędrowców. Rodziła się opowieść.
      Z tej materii, po transformacji, z tej tkanki żywej, bo pełnej przestrzeni i oddechu, tworzyć miał Staniewski Apulejuszowe opowieści.
     
     
      Hymny Delfickie

     Delfy. Centrum świata. Pępek ziemi. Tam po wieszczbę pytyjską, jak do miodu, garną się najświatlejsze umysły. By poznać przyszłość.
      Na kamieniach wyryli hymny. Zapis muzyki sprawdzał się od setek lat. Utrwalał doświadczenie pokoleń. Był zdobyczą Grecji. I oto dziś siedzimy nad tymi kamieniami, przybyszami z dalekiego południa. Próbujemy je rozgryźć. Greckołacińskie słoneczne dziedzictwo zatopione w gardzienickich błotach Słowiańszczyzny. Jak przywołać helleńską jasność, ton, stopę, rytm? Jak oddychać napowietrznie, muzycznie? Ile w tych zapisach-okruchach słońca Hellady?
     
     
      Poszukiwanie utraconego

     Kiedy posąg Wenus ma utrącone ręce i ani krzty pstrokatej polichromii na sobie, możemy być spokojni. Czas zerwał szminkowaną pozłotkę, odtrącił pretensjonalny gest, odstające członki. Czas uczestniczył w budowaniu naszej wizji Geniuszu antyku. Kiedy w tak okaleczonej rzeźbie ktoś szuka piękna, to ma to szukanie ręce i nogi! Ta rzeźba ma bowiem logikę kształtu. Uszkodzenia wszak nie do końca są przypadkowe.
      A jak jest z muzyką? Muzyką zapisaną na kamieniach, papirusach? Kamienie też są obtłuczone, papirusy podziurawione. Bezrozumne i bezkształtne to uszkodzenia. "Nie wiedzą" nic o formie muzycznej. Naskórkowy, nie rzeźbiarski jest zapis muzyki.
      Jak uzupełnić śmiało rozpoczęty gest muzyczny, przebiec przez ocalały ślad linii muzycznej w środku i zanurzyć się w szczęśliwie ocalałym, końcowym fragmencie pieśni?
      Czy zapisy utrwaliły praktykę wykonawczą, czy też są esencją muzyki, realizowaną zawsze inaczej, ogrywaną, prześpiewywaną na wiele znanych wykonawcom sposobów?
      Czy przetworzone przez czas żyją wciąż takie pieśni po współczesność, gdzieś na ziemi zapomnianej przez Boga i ludzi?
     
     
      Tęsknoty Tomasza Rodowicza

     Zaczęła się praca. Praca nad tekstem.
      Stratford. Międzynarodowa ekipa królewskiego teatru. Metamorfozy wewnątrz Złotego Osła i Howard Brenton tworzący współczesną angielską wersję apulejuszowego tekstu. "Inne miejsce", w którym możliwe jest badanie gramatyki ciała, rytmu. Synestezja. W codziennej, wielogodzinnej pracy na scenie alternatywnej tworzyła się angielska śpiewogra. You did, I didn't, You did. I didn't, You did - mówiły bębny. Budziły ciało.
      Był styczeń 1995 roku. Staniewski wprowadził archaiczne instrumenty. Grecką jarzmową lirę, celtyckie harfy, afrykańskie ksylofony, monochord Baulów, brzękadła, dzwony. Woziliśmy wyobraźnię Bretona stychiczną rytmiką antyku. Dzień w dzień pulsował rytm, paliły się kadzidła i świece. Howard Breton pisał, ssąc archaiczne światło i sycąc się antycznym pulsem... Pisał i czytał na głos, pisał i pragnął pieśni.
      W tych dniach, po wyczerpujących próbach, siadaliśmy z Tomkiem Rodowiczem marząc o ciszy, mimo to usiłując przesłuchać zrekonstruowaną muzykę antycznej Grecji, którą przywiozłem do Anglii. Nigdy nam się to nie udało. Zasypialiśmy. Przyznaję... Rekonstrukcje te udostępnił mi Jan Stęszewski, szef Zakładu Muzykologii w Poznaniu. Służyły tam do prezentacji tekstów Sycylijczyka, Paola Emilia Carapezzy i Curta Sachsa.
      Wyprowadzeni z głębokiej drzemki zawstydzeniem, przyrzekaliśmy sobie, że jutro zbadamy, przesłuchamy, rozważymy. Tak w kółko. A jednak próba muzycznego wywiedzenia metafor ze strzępków ocalałych papirusów, okruchów kamieni nie dawała spokoju. Jeśli znalazła swą ostateczną, gardzienicką formę, to właśnie dzięki pierwotemu wsparciu i entuzjazmowi Tomka Rodowicza. Po powrocie do Polski dosłownie przeczesywałem biblioteki. Książka Martina Westa Ancient Greek Music (Oxford 1992) zjawiła się jak znak. Była dla nas światłem antyku, biblią neofity. West zmienił tok pracy teatru Gardzienice.


Flet z epoki ptolomejskiej

flet ptolomejski

Londyn.
      Pobiegłem do Muzeum Brytyjskiego. Dział Starożytnego Egiptu.
      Flety! Nieuszkodzone. Z epoki Ptolomeuszy.
      Jak poznać system dźwiękowy, z którego budowano muzykę w przeszłości? Jak poznać realne wysokości, wibrację dźwięku?
      Myślę, że poprzez wykopaliskowe flety.
      Wykonane z trwałego materiału, nieuszkodzone, zachowują , wszystkie parametry potrzebne do wyartykułowania dźwięku. Skala muzyczna w flecie zyskuje ekwiwalent geometrii, jest wpisana w konstrukcję instrumentu, jest cechą jego budowy. To powietrze drga we flecie kształtowane ręką odległego konstruktora.
      Niewiarygodne. W British Museum są instrumenty, poprzez które będę mógł smakować realne brzmienie antyku!
      Przywiozłem dokładną dokumentację.
      W Polsce zbudowałem grające repliki.
      Słuchałem ćwierćtonowych "odstojeń".
      Zastanawiałem się, czy brzmienie to określi rozpoczętą pracę z Gardzienicami.

napis na flecie ptolomejskim

Na flecie nieznana ręka wyryła inskrypcję:
      "The (divine) Nubian one and the gods of the resting place of the ibis give life to Thoteus son of Nekhtomonth".
      A więc gram na replice fletu Thoteusa, syna Nekhmontha? Czy takie jest brzmienie świętego instrumentu czcicieli Ibisa? Kto komu daje życie?
      Drga powietrze.
      Kształcone ręką odległego twórcy.
     
      Pod koniec lata 1995 roku zdecydowałem się jeszcze na "mały wyskok": Bułgaria, Macedonia, Albania. Tam na krańcach ziemi zaginionego antycznego świata chciałem szukać antyku żywego, w wędrowaniu wypełnić intuicję Limanowskiego, który w 1937 roku pisał: "W górach bułgarskich znajdziesz szczątki, kawałeczki. okruchy dionizyjskich procesji, które dzięki temu, że mają formę, jak kwiaty przetrwały. (...) Cieszyć się będziesz, gdy rozpoznasz tę florę i w wyobraźni swojej wskrzesisz świat tracki i grecki. Rozsypały się wielkie procesje, zostały kwiatuszki. (...) Ten jakiś kwiateczek pozostał w Bułgarii, taniec w długich, kroczących rzędach, z przodownikiem, który grupy prowadzi i na przedpotopowych instrumentach podaje, jak dyrygent w śpiewie, parę tonów, które mają demoniczną własność zbudzenia w człowieku z powrotem życia, które było parę tysięcy lat temu. Ten flet, ta piszczałka, ta kobza, głos ptaków, świat węża, satyrowa zaczepka kozła, te dzierlatki, ta cała wieś męska, krocząca z tyłu, aby się babom nic nie stało, w formie strofek długi pochód, cóż to za obraz niezapomniany? Może tam kiedy boga Dionizosa wzywano, nakładając sierść kozła?
      Pokłonić się możemy formom".
      W sierpniu, wrześniu 1995 wędrówka po Albanii była już możliwa, bezpieczna. Już i jeszcze. Zmieściłem się w szczelinie czasu, który pozwalał obcemu wejść do doliny, przekroczyć bronione niegdyś niedostępne przełęcze. Byłem w wioskach, w których najstarsi mieszkańcy nie pamiętali przyjazdu nieznajomego przybysza. Strblewo, Klenie, Ostern i Vogel w paśmie Golobordia. Wyklęci w Albanii. Macedończycy. Twarze śpiewających, chmary rozradowanej dzieciarni, gajdar Bożim Filoczi, człowiek, który własnymi rękami podźwignął z ruin bizantyńską świątynię. Radujemy się ze spotkania. A potem Cyganie z niedźwiedziami, barwni sztukmistrze gościńca z pięknymi kobietami i dzikim zwierzem na usługach, cygańskie wesele, na którym trzeba tańczyć, śpiewać i płacić, ale tylko pannie młodej, bo przez jej ród jesteśmy zaproszeni. Dalsze wędrowanie.
      Trudna sztuka przeżycia. Gawiedź szmuglująca na granicach, skorumpowani pogranicznicy, Serbia i ponury obszar wojny, naloty nad niedalekim Gorażde i setki kilometrów pustki na autostradach. Układa się to wędrowanie w samoorganizującą się formę, ale czy zasila nasze poszukiwanie antyku? Co zostaje z wędrówki? Czy tylko to, co w międzyczasie? Wysoki brzeg świętego Jeziora Ochrydzkiego, krystaliczna woda i powietrze, odgarnianie wodnego żwiru w poszukiwaniu zatopionej mozaiki rodem z antyku. Po czym stąpamy? Co ukryte tuż pod powierzchnią? Co tuż pod stopą?
      Z Albanii, Macedonii, Bułgarii, oprócz wspomnienia, spotkań z muzykami, rebeliantami; śpiewakami, przemytnikami przywiozłem też poczucie, że oto obchodzi mnie bardzo ten świat. Świat ognia, skwierczącej oliwy, zwierzęcych rozmów, zwierzeń.
     
     
      Egipt

"Tylko tam w Egipcie widać coś, co matką było wszystkiego, gdy uczestnicy pochodu na siebie brali kształty zwierzęce. Chodziło o to, aby zmusić Boga rozrodczości, przegonić suszę, z nią choroby, które padały na bydło i doprowadzić przez zbiorowe zaklęcie, aby wróciła zieleń, świeża woda i to, co jest w człowieku zdrowym szczytem: śmiech. (...)".
      Niezmordowany i uparty jak ten, którego rolę miał zagrać w Metamorfozach był Tomasz Rodowicz w dążeniu, aby Gardzienice znalazły się w Egipcie.
      Tomek znalazł sponsorów, wykazując rzadko spotykaną u artysty rzetelność w operowaniu naziemnymi konkretami. Myślę, że chroniła go dobra muza.
      Dziękujemy Tobie Muzo!
      Kiedy aktorom gardzienickich łęgów majaczyły pustynne miraże, Staniewski gorączkowo pracował nad Metamorfozami. Temat pulsował rozwichrzoną metryką hytyrambu, ożywiał melos, smak antycznej skali. Włodek czuły był na zawołania. Eoi Bakchai! Ije Pajan! O! To! To! mieszały się tryby. Stopy szukały podziemnego rytmu i rytu antycznej mozaiki. Tuż pod powierzchnią.
     
     
      Piasek pustyni i nieujarzmione emocje egipskie.

Egipt witał nas klaksonami Kairu, pulsującym życiem arterii od Tahriru porzez Khan el Khalili aż po wzgórza Mukkatanu. Wsadzaliśmy nos w nie swoje sprawy.
      Odwiedzaliśmy getta koptyjskich garncarzy, w asyście dobrych przewodników, potomków Ormian, płynęliśmy łodziami na kairskie wyspy Nilu, koczowaliśmy na pustyni, bywaliśmy tam, gdzie mulek, zykr, zar, gdzie efrity wypędza Szejk Ahmed. Wirujący derwisz i muzycy rewolucyjnej orkiestry Sulimana Gamila odsłaniali nam szczyptę tajemnicy na zaaranżowanej sesji. Tam budził się rytm dionizyjski aż do utraty apollińskich cugli europejskiego rozsądku. A potem, perlił się do łez, spazm dobyty, nieujarzmiony śmiech.
      Nierozsądni i zachwyceni przemierzaliśmy pustynię w asyście uzbrojonych żołnierzy po to, by widzieć na horyzoncie cudne tafle nieistniejących jezior.
      Droga do oazy Fajum. Jękośpiewy wielkich, drewnianych kół, realną już wodę, wodę Nilu toczące na pustynię, by tchnąć tam życie. Z wirującymi, śpiewającymi kołami śpiewała Katrin Forsmo, płowa szamanka północy, pieśń ducha wody.
      Woda ważniejsza niż miłość. To miłości pragniesz. Pragnienie, nie głód, jest pierwsze. Wody pragniesz. Woda to życie - mówił mi Mohamed Abdel Fatah, egipski duch opiekuńczy, człowiek pracujący z teatrem w Kairze, pomagający w egipskich eskapadach Gardzienic.
      Gliniane, klepsydrowe bębny pulsowały stychiczną rytmiką a my z ich pulsem śpiewaliśmy pieśni północnoafrykańskiej, apulejuszowej opowieści. Wpisywały się w pustynię, goniły miraże, plusk wody na tafli nieistniejącego jeziora. Pragnienie.
      Wzburzona była egipska widownia. Wzburzona temperaturą niebezpieczną dla zdrowia. Nieprzewidywalne są dla nas reakcje Egipcjan.
      Opuszczaliśmy Kair z mocną chęcią rychłego powrotu. Ożywia ona po dziś, drażni i rozrusza tęsknotę. W tej temperaturze, podczas mroźnej zimy 1997 roku Staniewski z aktorami komponował dalej metamorficzną opowieść. Twórcza, znojna praca w srogi czas, śmieją się dzisiaj na wspomnienie zespołowego bólu.
     
     
      Enharmonia, ćwierćtony i niepokoje Staniewskiego

Zakłada się, że grecka enharmonia polegała na wpisaniu wielkiej tercji oraz dwóch ćwierćtonów w tetrachord, a więc w odległość kwarty. Żeby wypełnić dźwiękami przestrzeń oktawy należało połączyć dwa tetrachordy. Tak powstawały siedmiostopniowe skale muzyczne. W systemie dźwięków enharmonicznych znajdowały się ćwierćtony - wysokości, których nie znajdziesz na klawiaturze współczesnych instrumentów.
      Enharmonia i jej możliwości brzmieniowe niepokoiły Staniewskiego. Włodek miał przeczucie; że interferencje między ćwierćtonami mogą mieć magiczny wpływ na ciało, że poprzez enharmonię dosięgniemy prawdy utrwalonej w papirusach, wyrytej na kamieniach.
      Z uważnego, subtelnego słyszenia barwy jednego tylko dźwięku powstała myśl pitagorejska. Uważne słuchanie barwy doprowadzi do odkrycia przedustanowionego porządku.
      "Tylko" teoretyczne osiągnięcia filozofów miały z pewnością wpływ na realne brzmienie muzyki antyku.
zapis nutowy Eli
      Jak wykonywać tę muzykę dziś, w świecie ztyranizowanym sztucznym porządkiem temperowanej gamy fortepianowej? Dla jakiego słuchacza śpiewać? Jakiego odkryć w sobie? Jakimi sztucznymi znakami porozumieć możny się z odbiorcami? Czy za wszelką cenę starać się uzyskać subtelności antycznego słyszenia? Jak to zrobić? Czy wtedy, już po usłyszeniu przedustanowionego, subtelnego porządku, temperowane dźwięki współczesności nie wydadzą się fałszem?
      A przecież do percepcji słuchacza apeluje muzyk, kiedy gra. Czyż nie na wiedzy o standardowym słyszeniu, o słyszeniu obowiązującym, buduje się formę muzyczną? Jak daleko można posunąć się w eksperymentowaniu na sobie studiując historię?
      Ile lat można czekać praktykując odzyskane wartości: czekać na ostateczny cel - dźwięczną, żywą pieśń?
      Pytania, pytania, więcej tu pytań niż odpowiedzi.
      A przecież odpowiedź jest jedna - są nią pieśni w gardzienickich Metamorfozach. Zinterpretowane chromatycznie i diachtonicznie, zapisane są w "gardzienickich manuskryptach" stworzonych przez aktorów. Odkrycie tego indywidualnego świata notacji muzycznej sprawiło mi wiele radości. Jakże różne znaki graficzne przyjęła ta sama, dobrze mi znana brzmiąca forma. Sypią się dziś te aktorskie zeszyty umęczone troskliwymi dłońmi. Spełniły swoje zadanie. Kto wie, czy nie przyszpilone moją uwagą, związaną z chęcią napisania Krzysztofowi Czyżewskiemu tego krótkiego, wspominarskiego tekstu, żyłyby jeszcze?
      Każdy z aktorów zapisywał muzykę tak, jak potrzebował, każdy jednak powinien odczytać ją tak samo.
      Grafika wynika z wrażliwości, podpiera pamięć. Jest przekleństwem, kiedy staje się niezbędna.
      Na żywioł wrażliwości puściłem sprawę notacji.
      Kiedy przyjeżdżałem do wioski "na pracę" z kolejnymi muzycznymi pomysłami, zawsze zaczynałem od rytmu. Pomysły były ulepione z ocalałych strzępów muzyki przeszłości, lecz nigdy nikogo nie straszyłem strzępem papirusu, okruchem kamienia, swoją pracą. Przekazywałem brzmienie. O tak! Wyśpiewałem aktorom całe Metamorfozy tak, jak umiałem, a musiałem umieć to, co będą musieli umieć aktorzy/śpiewacy. W samotności eksperymentowałem. Muzycznie. Na sobie. Patrzyłem, jak pracuje ta muzyka, jak ożywia ciało, podpatrywałem, jak daje się złapać i jaki gest sprzyja jej zapamiętaniu?
      Miałem dylematy.
      Jak nie użyć harmonii? To zawsze jest kuszący pomysł, bo muzykę natychmiast czyni soczystą.
      Jak wprowadzić drugą linię melodyczną nie będącą kontrapunktem, nie układającą się w coś, co sugerowałoby ciąg akordowy, linię nie będącą też prostym burdonem? Jak pracować z rytmem? Czy da się pracować bez napowietrznych, roztańczonych gestów? Jak umuzycznić ciszę?
      W rytmizacji ciszy, w bezgłośnych uderzeniach zbiorowej pulsacji, w anektowaniu międzyczasu, szukałem harmonicznych brzmień. Rozpulsowanie bezgłośnego uniesienia pozwalało zaczynać i kończyć zdania melosu wywiedzione z wiersza z organiczną łatwością. Wirowały harmonie. Przywoływały energię. Forma nabierała życia. System irygacyjny zaczął działać w kołowrocie pracy.
      Wypełniała się przestrzeń wzajemuwagi i zespalał zespół w gorącej pulsacji Arche.


Międzyczas

     Pomiędzy epokami, pomiędzy porami roku i dniem, i nocą, w przedstawieniach między pieśniami, kryje się międzyczas. Coś, co już nie jest "tym", a jeszcze nie jest "tamtym". Linia brzegu, na której ścierają się żywioły.
      To właśnie w tej szczelinie międzyczasu, kiedy słuchacze odprężają uwagę, muzycy przegrywają na instrumentach rzeczy, o których nigdy nie śniło się przytomnym.
      Międzyczas to minidionizja, nawet w skonwencjonalizowanej, filharmonicznej rzeczywistości. Ach! Te przegrywki, ta cudowna kakofonia indywidualnych popisów utkana z właściwej muzykom pasji upajania się dźwiękiem. Nieobliczalnym. Owe minidionizja profesjonalistów stały się dla mnie znakiem, że oto jestem w filharmonii.
      Lecz stop. Za chwilę zacznie się opus. Do dzieła!


OPUS

          XXX
Lecz ty, co świeżo stworzoną Muzę,
władczynię liry ze złota, wynosisz,
Przybądź mym hymnom pomocny,
Ié-ie Paian!
Bo szlachetny, długowieczny
Wielki Sparty przywódca
- Lud pełen młodości kwiatów
Rozpala mnie i przeraża,
I będzie gnębił palącą naganą
Za to, że w nowych mych hymnach
Dawniejszą znieważam melodię.
Ja zaś nikogo - młodzieńca ni starca
ni rówieśnika - nie trzymam
Z dala od tych oto hymnów,
lecz skazicieli dawnych melodii
- O tak! - wykluczam, tym bronię dostępu,
Znieważycielom śpiewanych pieśni,
Co głos naprężają w donośnych okrzykach
Godnych publicznych heroldów.
Orfeusz pierwszą lirę stworzył;
mistrz tonów różnorodnych
Syn muzy Kaliope,
co z Pietrii się wywodzi.

Timotheus: Persowie,
wersy 185-207
Przełożył Jerzy Danielewicz



Melos Antyku

     pojawił się w Gardzienicach wraz z czwartym fragmentem Drugiego Hymnu delfickiego, zaczynającym się od słów: "melipnoon de Libys audan cheon". Wraz z muzyką wkroczyliśmy w świat pentagramu. Hymny pochodzące ze 127 roku "przed naszą erą", czy raczej przed Chrystusem, skomponowane zostały przez Ateneusza i Limeniusza. Wyryto je na kamiennych ścianach skarbca ateńskiego w Delfach. W przytułku muzealnym w Eleuzis czarne figury Amazonek malowane na wazach grają na trąbach.
      Do instrumentów wypowiadają magiczną formułę pentagramu TOTE TOTOTE.
      Hymny Delfickie również na niej bazują.


Gardzienice

     Ręce aktorów odkrywają pięciopalczastość i organiczność budowy muzyki sprzed dwóch tysięcy lat. Dłonie łapią puls pięciomiaru bębniąc w ciężki blat stołu, przy którym przywoływana jest pieśń.
      Chropawo i megalitycznie jest!
      Do dzisiaj słyszą w tej muzyce gardłowy śpiew, wbrew tekstowi wychwalającemu miodową słodycz śpiewającej piszczałki rodem z Libii.
      "Melipnoon de Libys audan cheon". (Limeniusz, fr. 4)


Gardzieniccy aktorzy

Pamiętam ich, jak siedzą przy wielkim stole. Antycznie przemienieni. Wplątani w muzyczną intrygę.
      Spolegliwy Mariusz Gołaj, wrażliwy na pulsowanie słowa; Ela Rojek ze swym genialnym, tajemnym głosem, sublimującym stany nieokiełznanego, zdałoby się, lotu; rzetelna Joanna Holcgreber, układająca mozaikę rytmu w przestrzeniach wyobraźni; pracowita Britta Forslund, namiętna w niuansach, dociekliwa do bólu; Katrin Forsmo - żywa symfonia metafizycznego dźwięku, Martin Essen-Möller, galernik rytmu eksplodujący nieprzewidywalną energią, entuzjasta stanów ekstatycznych; Marcin Mrowca wyławiający pieśni z zimnej studni, łapiący pieśni do swego kajetu-kolekeji przy pomocy barwnych grafik.
      A przy tym wszystkim Tomek Rodowicz, scalający grupę, rozumiejący od początku muzyczny cel, ku jakiemu akurat dążymy. Jak scalić taką różnorodność w jedną harmonię? Ależ to niemożliwe.
      Jest wreszcie Marianna Sadowska, Marianna od greckich orzechów, której teraz mogę zdradzić, że odczuwałem ogromną ulgę, kiedy mogłem jej powierzyć pieśni, kiedy przejmowała odpowiedzialność za ich dalsze życie, kiedy piastowała tę grecką gałąź pełną dziwnych owoców.
      Zaczęła się praca. Na całego. Tekst po tekście. Fragment po fragmencie. Czytanie Hymnów Delfickich.
      "Febusie, chroń boskość Pallas, Artemido, przybądź w nastroju łaski dla usłużnych muzyków Bachusa". (Limeniusz, fr.l0)
      - Czułem dzisiaj dziwne ciarki.
      - Dobrze.
      - Dobrze? Cha! A co ty w zasadzie rekonstruujesz? - przekomarzał się któregoś razu Włodek.
      Wpisuję brakujące fragmenty tekstu muzycznego - jakoś tak odpowiedziałem.
      - No tak. A ile nut na przykład w dziesiątym fragmencie Limeniusza? Na jakiej zasadzie to robisz? Czytasz uważnie opracowania? Jakiej używasz skali muzycznej?
      Włodek był dociekliwy aż do bólu. Ja spokojny.
      - Ile nut? To trzeba policzyć. Nuty liczyła Marianka, podczas gdy my rozmawialiśmy.
      - Czterdzieści dziewięć zrekonstruowanych, sześćdziesiąt dwie ocalone z Limeniusza, ogłasza.
      - Tak? To zaśpiewaj te ocalone - prosi Włodek Mariankę.
      - Jak zaśpiewać?
      - Jak to "jaaak"? Limeniusza śpiewasz, a kiedy brakuje nut, rytmicznie czytasz tekst bez melodii.
      Słuchamy. To, co się dzieje, jest dość niezwykłe. Marianka czyta w pięciomarze, potem znienacka łapie strzęp melodii, potem znów recytuje, potem gdzieś wysoko uderza głosem kilka dźwięków, trochę śpiewa, trochę mówi, sama się tym bawi, trochę zaśmiewa robiąc miny, karcąc samą siebie, gdy przychodzi jej realizować niemuzyczne, trudne zadanie. Wreszcie łapie przedostatni dźwięk kadencji, ostatni z "ocalonych od Limeniusza" i kończy. Nowoczesność! Eksperyment! Pęknięte naczynie muzyki. Wszystko to budzi podziw dla kunsztu Marianny Sadowskiej i refleksję nad losem kultury pisanej. W odbiorcy dzieje się dużo, ale na pewno nie tego chciał przed laty melopoios Limeniusz.
      - To cudowne! Może by to wprowadzić! Pouczające to, prawda?
      Zaraz, zaraz, a czy w tych bezdźwięcznych fragmentach słychać już jakąś melodię, którą proponuje Maciej?
      I tak dalej, i tak dalej trwa spotkanie, a na nim nieustająca dociekliwość Staniewskiego, której można by życzyć innym muzykom współpracującym w teatrze z reżyserami.


ciąg dalszy ...


14.08.99:::Kwartet Jorgi :: Terra Soundtralis Incognita::::e-mail:::::odsłuch::