"Czas Kultury" 1/99

Maciej Rychły

Rzecz o samorodności kultury
albo
twórca ludowy - pewien rodzaj małpy




O dziadku co wiedział za dużo

-Eee tam, Panie, ja nie jestem twórca ludowy - przekonywał mnie Zenon Kaczmarzyk z Ostrowa Wielkopolskiego.
-Dlaczego? - pytałem
-Ja za dużo wiem!

Tak to podczas arcykrótkiej lekcji sympatyczny dziadek Zenon nauczał mnie bezinteresownie. Dlatego kupiłem jego rzeźbkę.
Stary człowiek w kapeluszu siedzi na pieńku, spracowane dłonie trzyma na kolanach. Inne dziadka Zenona prace - chłopiec z jeżem, baba z jabłkami...

-No dobrze - przecież to wszystko jest ludowe, przekomarzałem się jeszcze.
-Panie - dziadek Zenon był najwyraźniej nieustępliwy - ja mogę już tylko wziąć temat ludowy, już panu tłumaczyłem, za dużo wiem!
- A skąd te wszystkie pomysły?- pytałem dalej.
- Ja to widziałem - odpowiedział, ucinając rozmowę.

Figurka "Stary człowiek w kapeluszu" stoi teraz w mojej kuchni obok świątka. Figurka skażona jest wiedzą dziadka Zenona. Jest nieludowa. Nieautentyczna. Świątek co innego! Straszny niedouk. Prymityw. Autentyczny.

AUTENTYCZNY (łac. authenticus, gr. authentikos) - prawdziwy, rzeczywisty, oryginalny, nie podrobiony (Słownik Wyrazów Obcych PIW)
AUTENTYK - dzieło sztuki lub dokument o udowodnionej prawdziwości (Encyklope
dia PWN)
W Słowniku Poprawnej Polszczyzny terminu nie ma. To jasne. Gdzie się pchać z takim śródziemnomorskim rodowodem.
AUTENTYCZNOŚĆ to wierzytelność, pewność, dowodność - jak chce "Oczyściciel Mowy Polskiej czyli Słownik Obcosłów z wysłowieniem i objaśnieniem polskiem ułożony dla lepszego wyrażenia się przez E.S.Kortowicza" Poznań 1891 r.

Festiwal kapel i śpiewaków ludowych w Kazimierzu nad Wisłą. Ludzie słuchają autentycznej muzyki ludowej, widzą autentycznych twórców. Autentycznych? Czy to znaczy, że są jeszcze nieautentyczni twórcy? Ludowi? Jak brzmi nieautentyczna muzyka ludowa?

Żeby odpowiedzieć na te pytania może warto wrócić do początków, w tym przypadku do tekstów prekursora antropologii kultury, Oskara Kolberga, który stworzył podstawy myślenia o kulturze tradycyjnej w Polsce. Żył w latach 1814 - 90. Mimo że całość spuścizny wielkiego etnografa do dzisiaj nie ujrzała światła dziennego, to jednak główne myśli uczonego docierały do jemu współczesnych, utrwalając wypracowane w okresie romantyzmu pojęcia: lud, region, samorodność pieśni ludowej, duch narodowy, nieskażony przez obce wpływy czysty naród itp.

Czytam dzieła Kolberga. Jest tej lektury kilka metrów bieżących na półce. Przyjemnie jest obcować z prekursorem, aczkolwiek zdarza się czasem uważnemu czytelnikowi, że musi sam przed sobą tłumaczyć mistrza wtedy, gdy ten coś znienacka "chlapnie".

Bywa, że owo "chlapnięcie" jest niewinne, wynika z niedoinformowania. Jest wtedy znakiem czasu. Zdarzają się jednak przy tej lekturze rzeczy, które wskazują na wartości jakim hołdował uczony. Te miejsca są jak groźne pomruki, są zapowiedzią pomyłek w myśleniu, są toksycznymi pojęciami, które wcielone w czyn doprowadzą w przyszłości do tragedii.

Niewinne i rozbrajające jest twierdzenie, że z "dawnych czasów" tylko Polacy mogą poszczycić się pieśnią tak piękną jak "Bogurodzica". Rozumiemy to!

Ale kiedy dalej Oskar pisze, że na ziemi polskiej "wytwarzają się samorodne pieśni, tak religijne jak i ludowe" to stwierdzenie samorodności wytwarzania już nie tylko bawi, ale i pobudza władze naszego sądzenia, zwiększając czujność podczas dalszej lektury. Kiedy więc czytamy, że "w pieśniach ludu przejawia się życie duchowe narodu" i "w pieśniach tych słowa i nuta z jednego, tajemnego źródła biorą początek i jedno bez drugiego ostać się nie może", a jednak "nuta jest istotą pieśni, a słowa prostym do niej dodatkiem" rozumiemy co chciał powiedzieć Kolberg. Mówi nam, że czuje się muzykiem i bardziej ceni "ludową" nutę niż słowo. Szkoda tylko, że tak niezręcznie kryje się ze swoimi preferencjami opowiadając o tajemnym źródle i życiu duchowym narodu. Nosiłażby dusza narodu w samym swym zarodku, u samych podstaw swej istoty tak poważny feler, że nie umiałaby się prawdziwie wysłowić? Czy w ogóle u źródła mogą istnieć jakieś "proste dodatki"?

Co jakiś czas czytamy u mistrza, że pieśń jest niewyczerpana, sama się mnoży i odradza. Przeraża mnie upór, z jakim badacz - kolekcjoner depersonalizuje twórczość i jej efekty. A przecież je ukochał i dokumentował! Właśnie owe manipulacje depersonalizujące proces twórczy uważam za groźne pomruki toksycznych pojęć, które już narodziły się w głowach prekursorów, a które w przyszłości, powiązane w konsekwentny system będą rozsadzać to, co stanowi o spójności europejskiej kultury. Powiedzmy wprost. U Kolberga znajdujemy zaczyn haseł izolacjonistycznych.

A kiedy zaczynamy już rozumieć motywację zbieracza, nie dziwią nas spotykane w jego tekstach zdania o "prostocie, czystości myśli i obrazów, które są cechami na obce wpływy nie narażonego, a więc nie zepsutego narodu".

Co psuje naród?
Czym jest rozbudowana forma wypowiedzi?
Odpowiedź jest tutaj jasno wyrażona, dopowiedzmy jednak tę myśl do końca.
Kontakty z obcymi psują naród.

Brudne i skomplikowane obrazy to znak tego zepsucia.

Byłby więc Kolberg również prekursorem dla piewców "czystości ras" kultur?

Przyjrzyjmy się mitowi "samowytwarzającej się autochtonicznej kultury ludowej", która czerpie energię i formy wprost z tubylczej ziemi. "Czysta kultura ludowa - tubylcza" traktowana jest jak niewyczerpywalne, odnawialne bogactwo tej ziemi na równi z flora i fauną, która również sama się mnoży. Formy kultury ludowej żyją samoistnym, tajemnym życiem, które trzeba dopiero zbadać. Teraz znane są sprawy najprostsze, to mianowicie w jaki sposób formy się reprodukują - z ojca na syna.

Ale jak tworzą się formy nowe? Tu badacz uznaje zazwyczaj wpływ tajemnych poruszeń duszy i niewypowiedziane krążenie krwi, które znajduje ujście właśnie w formie. Forma wychodzi ze strefy cienia, objawia się poprzez iluminację u jednostki - przedstawiciela lokalnej społeczności i zaczyna swój cykl życiowy poprzez reprodukcję.

Forma kulturowa, jak chcą badacze, używa ciał przedstawicieli regionu poza ich wolą i świadomością. Taki jest w każdym razie błogosławiony i najbardziej żywotny stan istnienia form. Nazwano go później autentyzmem. Jest to stan nie do podrobienia, pełen życiowej prawdy, nie do udawania. Jest wartością godną zdokumentowania. Przedstawiciel regionu jako "typ charakterystyczny" zostaje udokumentowany, a w przyszłości być może trafia do albumu ukazującego bogactwo ziemi.

W zwulgaryzowanej, tzn. upowszechnionej formie współczesnej album stał się folderem turystycznym. Komu potrzebny taki album? Komuś kto małpuje dawnego podróżnika-badacza-odkrywcę. Ów jedzie do Afryki podpatrywać tajemne życie bawołów i Masajów przy okazji. Wszystkie zdarzenia dokumentuje, ponieważ kiedyś będzie o tym opowiadał. Objaśni obyczaje, jest badaczem, podróżnikiem.

A cóż czeka podróżnika w Polsce?

Powinien trafić do Hajnówki by tropić żubry, a potem pojechać w Tatry na bibę z Góralami. Regionalne ciekawostki to uroda i bogactwo ziemi. Rzekło się - w myśleniu rodem z folderów - górale na równi z żubrami stanowią urodę i wartość ziemi. Teraz jeszcze szczypta mnemotechniki - trochę laleczek - miniaturek w strefie wolnocłowej i gość może opuszczać kraj z poczuciem, że był w nim naprawdę i załapał to, co cenne i warte poznania. Żubr, góral, co jeszcze? Zapraszam regiony do sporządzenia katalogu proponowanych form.

Ja jednak odpadam z tych zawodów. Wciąż odczuwam nieujarzmiony powab tego, co nieujarzmione w człowieku, co wciąż wytwarza nieprzewidywalne, żywe reakcje. Wtedy i ja czuję, że żyję i ze to rzeczywistość właśnie.

Czy wtedy choćby przez chwilę bliżsi jesteśmy Temu Co Stwarza? Oniryczny świat scenariuszy pryska kiedy czuję w scenografii ciepło autentycznego człowieka. Czy wtedy właśnie Ponadczasowe mruga do nas okiem? A kiedy czytam czyjeś teksty, też czekam na to iskrzenie.

"W tysiącznym krążeniu niewypowiedzianych uczuć, które same w sobie są ciemne i niewysłowione, tylko w tonie znajdują naturalne swe ujście i powoli, w miarę jak się stają jaśniejsze, uciekają się do spokrewnionych z sobą obrazów i słów" - pisze Kolberg. Takie stwierdzenie wskazuje, że starał się on przeniknąć proces twórczy i być może traktował go jako źródło form kultury. Sam proces narodzin formy uznawał z pewnością za dostępne introspekcji, dojmujące doświadczenie indywidualne.

Dlaczego więc nie zapisywał choćby imion i nazwisk twórców, których spotykał w swej wędrówce? Dlaczego nie zadawał podstawowego, zawsze intrygującego pytania: kto to stworzył? Kiedy przeglądamy dzieła Kolberga mamy wrażenie, że badacz spotykał się nie z żywymi ludźmi, a spotykał "typy charakterystyczne" dla regionu. Zbierał scenariusze zachowań, powtarzalnych "zjawisk ludowych".

Kiedy pisze "pieśni bohaterskie Serbów wydane przez Wuka Karadzicia znaczeniem swym dziejowym ważne. Siła ich polega na tym, że mają cechy zbiorowej twórczości" wiemy dokładnie, co ceni najbardziej - zbiorowym wysiłkiem uchwyconego zbiorowego ducha! Zupełnie jakby chodziło o powstanie hymnów nowej religii.

Myślałbym o sobie, że jestem przewrażliwiony i że "się czepiam", gdybym nie przeglądał dalej dzieł mistrza, a w tym rozpraw dotyczących Ameryki. Znajdziesz tu wszelkie okropności jakie wciąż praktykują "rasy ludów coraz bardziej niknące przed cywilizacją europejską, do której z trudem nawyknąć mogą". Słowem jest to krwista, sadystyczno - nekrofilna lektura w amerykańskim stylu. A kiedy myślisz, że już poznałeś literacką konwencję uczony zaskakuje cię stwierdzeniem: "wspomnieć tu należy o rodzaju wielkiej małpy guariba, która żyje gromadnie po głębokich lasach, gdzie koło świtu i zmroku rozpoczyna przeciągłe wycia i jęki, przypominające śpiewy mnichów zebranych nad litanią na chórze. Inni jak Eschwege znajdują w tym krzyku podobieństwo do śpiewu Żydów w synagodze".

Dalsza lektura dzieła przypomina o wątpliwościach amerykańskich, czy Indianie "w ogóle do rodzaju ludzkiego zaliczyć się dają?". W sprawie tej wypowiedzieć się musiał papież Paweł III, który w Pastorale Officium z dnia 29 maja 1537 roku bierze Indian w obronę stwierdzając autorytatywnie, że są ponad wszelką wątpliwość ludźmi, dlatego zdolni są do wiary i zbawienia. Kolberg przypomina te fakty, po czym oznajmia: "Nowsze badania, bez uprzedzenia i stronności przez ludzi światłych dokonane, wykazały niepodobieństwo postawienia Indianina Ameryki na równi pod względem umysłowości z człowiekiem np. szczepu kaukazkiego". 'Plemię kaukazkie' jest w antropologii synonimem rasy białej. Kolberg pisze te słowa ponad trzysta lat po papieżu Pawle III.

Jaki stąd wniosek?

Wniosek pierwszy:
Nigdy nie dość "pełnych stronności i uprzedzeń" listów papieży, zawsze bowiem mogą znaleźć się uczeni, którzy wiedzą lepiej, ponieważ są fachowcami i sprawę zbadali naukowo.

Wniosek drugi:
Z Tradycją jest tak jak z Dziełami Wszystkimi Oskara Kolberga, nie w całości jest udostępniona. Są tu rzeczy wielkiej urody i wartości, ale są też wielce przerażające i niedobre. Tradycja jest martwym katalogiem, który ożywia dopiero nasza uwaga, a przewodnikiem po niej niech będą wartości, które pozwalają wybrać z niej to, co uważamy za cenne. Możliwość wyboru zakłada przyzwolenie na zmianę.

Wniosek trzeci:
Chrońmy małpy. Tak pięknie modlą się o świcie. To trzeba jeszcze bez uprzedzeń przebadać.



Krew i historiozofia

"... Czymżeż jest historiozofia?

Czymś pośrednim pomiędzy poezją a uproszczeniem, pomiędzy mistyką a kabalarstwem. Uczony danego typu otrząsa się ze wstrętem i odrzuca zwiewny łachman historiozofii. Podejmuje go pisarz, poeta, literat. Patrzy w blaski historiozofii jak w gwiazdy i pyta o przeznaczenie narodów. Uczony ma swoją mądrość, poeta swoją, choć i uczeni poczynają dziś skłaniać się ku poetom: wiedzą, że również ich rzeczą jest stwarzać wielkie systemy historiozoficzne.

Każdy wielki, silny, trwały i niezmożony przez przeciwności naród niesie we krwi swoje przeznaczenie. Czy nie znaczy coś taka myśl, że od mrocznych początków płyną poprzez świat wąskie strumienie krwi korytem ludzkich tętnic? Pokolenie pokoleniu przekazuje żywą, płonącą krew. Młodość zanieca od starości swoją krew, tak jak się zanieca od sztafety rozstawnej pochodnię od pochodni. Wraz z tym najtrwalszym strumieniem idzie z pokolenia na pokolenie pewna stała dyspozycja. Można ją zwalczyć i zmienić wytrwałym staraniem na inną.

Ale jeśli siła woli pracuje nie przeciw, tylko nad pogłębianiem dyspozycji?"

Józef Kisielewski
Ziemia gromadzi prochy, s. 93-94
Poznań 1938


Właściciele ziemi i właściciele pieśni

Oskar Kolberg znał ziemian, czyli właścicieli ziemskich, a nie chłopów, czyli właścicieli pieśni. Chłopi przychodzili i grali bądź śpiewali uczonemu, bo pan kazał. Uczony nie pytał chłopów nawet o imię czy nazwisko. Przy zapisanych produkcjach zapisywał nazwę wioski, od której taki śpiew się niesie. Te wioski były własnością ziemian, z których gościny uczony korzystał. Ziemianie pracę zbieraczą umożliwili i zorganizowali, u nich tygodniami nieraz przemieszkiwał, z nimi korespondował. Dbał o swoje środowisko. Śpiewaczki, bajarze, muzykanci podarowali mu swoje bogactwo. Jednak to nie powód, by mniemać, że to region grał i śpiewał. To z repertuaru zebranego od kilku nieraz ludzi powstały, skostniałe dziś w umysłach niektórych komisji kwalifikacyjnych, regiony.



Pismo. Warto umieć pisać

Ucz się pisać, bo cię opiszą.
Mów, że jesteś, bo cię odkryją.

Tak mawiał kiedyś mój znajomy, a było tak od czasu, kiedy pojechał do Radomia razem z pewnym roztropnym Murzynem i tamten po zobaczeniu miasta zaczął twierdzić, że je odkrył. Po prostu w Radomiu nikt jeszcze "od nich" nie był. Tubylcy zachowywali się tak, jak tubylcy. Gromady dzieciarni biegały podniecone, dorośli pokazywali palcami, ale wszyscy na ogół byli przyjaźni, choć szczerzyli zęby. To były uśmiechy, interpretował zachowanie tubylców odkrywca. To wszystko się już niejednokrotnie przydarzało odkrywcom. To, które opisuję, miało miejsce w latach siedemdziesiątych dwudziestego wieku. Wziąłem sobie tę opowieść do serca. Pisz, bo cię opiszą. Otóż to!

Muzyka ludowa to strzępy twórczości kompozytorów, którzy nie umieli pisać. Radom dla Murzyna. Trzeba ją opisać, opowiedzieć, odkryć.

Co zostałoby dziś z twórczości Beethovena, Haydna, Mozarta, Wańskiego, gdyby nie umieli oni pisać? Jak wyglądałaby dziś ich muzyka? Acha, pytasz, kto to Wański? Przypomnę.

Jan Wański związany był z działalnością kapel w Wielkopolsce. Działał w drugiej połowie osiemnastego wieku. Adaptował haydnowsko - mozartowski styl dojrzałego klasycyzmu komponując msze, symfonie, opery. Jego dzieła przechowuje się w Archiwum Archidiecezjalnym w Gnieźnie. Wróćmy do pytania. Co zostałoby z tej twórczości, gdyby muzycy ci nie umieli pisać, inaczej, gdyby nie znali pisma, nut, gdyby musieli zaufać własnej pamięci, a potem swoje dziedzictwo powierzyli muzykantom, którzy w końcu zapomnieliby ich imienia? Otóż z ich twórczości dziś zostałyby strzępy. Jakieś charakterystyczne zwroty, początki, dobre zakończenia? Może dziś kojarzone byłyby z regionem, w którym tworzyli? A co zostałoby z muzycznych światów ogłuchłego Beethovena? Świat jego muzyki byłby samotniczym, psychotycznym przeżyciem, wizją mistyczną, niewypowiedzianym szaleństwem? Gdy duchowe dziedzictwo przypada bajarzom, region i ziemia grają i śpiewają dla kogoś, kto zainteresuje się tym dziedzictwem. Jeżeli ten ktoś będzie "romantyczny z ducha" nie poda nawet nazwiska informatora. Dla niego będą to "pieśni ludowe od ...". Tu wpisywać będziemy nazwy miasteczek i wiosek. Ktoś, kto zainteresuje się spuścizną kolekcjonerską zbieracza może dojść do mylnego wniosku, że to rzeczywiście ziemia śpiewała, że ten region tak śpiewa. Pasja kolekcjonerska doprowadziła jednak do zapisu. Zapis staje się źródłem, bywa, że "odkrywca" zwasalizuje odkrytą, opisaną ziemię. Wydaje mu się, że w całości wyzyskał i przebadał możliwości śpiewu "tej ziemi", "regionu". To, co do teraz było żywe, otwarte na współuczestnictwo, teraz jest martwe, zapisane, do oglądania. Muzyka zapisana to wino nabite w butelkę. Terminuje. Im starsze, tym lepsze. Archaizuje się, nabiera mocy duchowej, bo z dawnych ono, mitycznych czasów.

Ale zaraz, zaraz, teraz jest szczelina czasu teraźniejszego. Jest to czas czytania Historii. Właśnie w nim można popełniać pomyłki. Choćby emocjonalne.



Kseromuzyka - zimna replika "autentyku"

Poleżało, zarchiwizowało się, przy okazji nabrało mocy. Zapis źródłowego kiedyś informatora sam stał się źródłem historycznym.

Sztuka wyziera z niego obrąbana, kadłubowata, bowiem każdy zapis jest szczątkowy, nieprecyzyjny i zawsze wymaga wrażliwego, rozumiejącego, troskliwego interpretatora, często potrzebuje mistrza świadomie piastującego żywą mądrość, energię i praktykę, która powołała naszkicowane w zapisie formy muzyczne. Ważny jest żywy przekaz, ważna jest intuicja wykonawcy.

Bywa jednak, że zapis - odrąbane szczątki przeszłości, trafia do łapczywego szałaputa. Pośpiech jest tu jedynym nauczycielem. Brać, grać jak jest. Cóż, szałaput zbiera ekipę, pisze troskliwe uzasadnienie i kiedy "rybka chwyci" - a chwyci, jak później zobaczymy, na pewno - no to już nuda gotowa. Nastaje czas wytwarzania zimnych replik. Nastaje czas troski "niepodważalnej" o wartości ludowe (a więc narodowe - to na razie w domyśle). Szach, mat!! Jest już ekipa wykonawców i to przedziwnie przebrana. Dlaczego? Powstał bowiem projekt cyklu koncertów zmajstrowanych ze "źródeł-kadłubów". Wykonawca przebierając się dziwnie zyskuje wiele za jednym zamachem, lecz przede wszystkim zakłada kaftan słuchaczowi. Kaftan bezpieczeństwa. Od tej bowiem pory wszelkie zirytowanie słuchacza-odbiorcy jest tylko jego prywatnym szaleństwem. Szach mat. Nie irytuj się słuchaczu. Wartości ludowe-narodowe.

Ten cyniczny numer praktykują różni "klasyczni" muzycy od lat, jednak tylko ci, których chałtura lub inne okoliczności wypchnęły z wartościowego funkcjonowania w klasycznym repertuarze. "Przymuszeni" chwytają się różnych zajęć, nie bacząc na swoje kompetencje. Zasilają różnego typu folklorystyczne zespoły, również te "młodszej generacji". Brak umiejętności własnych, duża konkurencja na muzycznym rynku pracy, brak wrażliwości wrodzonej powodujący zahamowanie rozwoju artystycznego - wszystkie te czynniki mogą prowadzić do szukania dróg wyjścia w sytuacji życiowej artystycznej katastrofy. Jest wyjście, jest zawór bezpieczeństwa dla tych, których narcyzm zmusza do wdrapywania się co jakiś czas na podwyższenie podłogi. Tam mogą obrazować stan prawieku i eksponować swoją tragedię niedouczenia zakaftanionej narodowo-ludowo publice.

Środowisko muzyczne, które kieruje się muzycznymi wartościami, źle to ocenia, jednak przebierając się dziwnie muzyk puszcza kumplom oko - "wiesz, to taka ludowizna, coś trzeba robić". Przebierając się, nareszcie nie jest sobą, nie musi brać odpowiedzialności za to, co robi. Toteż zapewne puszcza oko do samego siebie, bo robi z siebie małpę. A małpa musi być prymitywna. Obrazuje stan początku. Stan święty. Nasze podwaliny. Korzenie. Nie ma się czego wstydzić. Taka jest prawda historyczna. Takie są źródła. Szach, mat.

Na nic protesty gorących oponentów. Wyliczyłem już dość "racji", które sprawiają, że każdy protest, każde estetyczne oburzenie musi wydać się podejrzane. Estetyka jest ulotna, efemeryczna wobec twardego, upolitycznionego języka szachmatowców.

Czy są zatem jeszcze jakieś trudności?

Tak. Trudno "ujechać" z koncertami. Komu to nieradosne małpowanie potrzebne? Trzeba więc szybko stąd wyjechać, wywieźć taką prezentację gdzieś daleko poza Polskę. Tam słuchacze nie są kompetentni, a producenci zimnych replik odcedzają przy okazji krajowych, gorących oponentów. Daleko od Polski mędrkują opowiadając o swojej egzotycznej kulturze.

Sprawa dobrze rokuje na przyszłość. Można już bez ograniczeń śpiewać w nigdy niezaistniałej polszczyźnie, wymyślać dialekty, zachowywać się nieodpowiedzialnie, nie krępować się fantazyjnym uniformem z nigdy niezaistniałej kultury.

To co jest na scenie, staje się prezentacją z pretensjami ambasadorostwa kulturowego, sceniczną belferką.

A regionalne musi być dziwaczne. Regionalne to znaczy nie-powszechne. Dziwaczność karmi tu wyobrażenia zarówno o niewyczerpalnych głębiach regionalnych esencji jak i o ludowości "w ogóle", rozumianej jako zestaw form wynikających z chronicznego niedoinformowania w przeszłości.

Wszystko to może się odbywać pod hasłem "autentyzmu", rozumianym tutaj jako przykazanie wiernego małpowania wioskowego oryginała, pod hasłami wierności tradycji i etnicznej czystości.

Czy kseropolska muzyka jest złowrogim zwiastunem?
Czy czas faszyzowania smyczkiem po basetli nadejdzie nam nieuchronnie również w Polsce?
Może należy ją po prostu zlekceważyć jako estetyczną pomyłkę?

Powtórzę jeszcze raz.

W imię autentyzmu musimy rozwijać formy przeszłości.
Tak, żeby zbudować dom dla naszej współczesnej "doinformowanej" duszy. A jest muzyka domem duszy.
Zimna forma kseromuzyki jest jej więzieniem, ciasną klatką, uniformem, koturnem wymuszającym teatralne gesty.
Rozwój form niech się odbywa w imię autentycznej ekspresji emocji. Mądrości
do tego i woli potrzeba, czasem solidnej pracy kompozytorskiej.

Można tego nie robić. Przejąć formy gotowe. Czy to jednak będzie dobre dla naszych skołatanych polskich dusz? Romantycznych.

Żyć tradycją to tak jak żyć miłością. Nie zatrzymasz jej w rozwoju. Zachowasz jej barwę żywą, kiedy zgodzisz się na metamorfozy. A kiedy pozwolisz jej się rozwijać, ocalisz ją, posiądziesz, kiedy zaś zatrzymasz w biegu, skarleje, zidiocieje w serii nużących powtórek, wypali się. Cenne relikwie zostaną. Suche kwiatki z dawnej randki. Można popłakać za czasem, który minął bezpowrotnie.

Tradycja wszak nie jest strefą szlochu. Nie to ją zrodziło.

Ale stop już. Koniec elementarza. Aż wstyd, że przypominam tutaj alfabet.



"Ludzie światli" i "ludzie ciemni".
Cudowne odnalezienie korzeni.

Przedstawię teraz hasła, które (jeśli pojawiają się w czasie rozmowy z napotkanym badaczem kultury ludowej) powinny cię uczulić na wizję świata, wizję człowieka u badacza.

Te hasła, które przedstawię, powinny pomóc tobie wyłowić takiego badacza, który kieruje się egocentryczną motywacją. Wydzielam te hasła, ponieważ tacy "badacze" mogą okazać się szczególnie toksyczni. Takie przynajmniej jest moje doświadczenie. Ludzie tacy lekceważą niepowtarzalność jednostek, nie interesuje ich niepowtarzalność napotkanych twórców. Spotkania ich nie są otwarte na nieznane. Oni pragną katalogować.

Ponieważ podstawą takiego funkcjonowania jest zawsze egocentryzm badacza, dlatego taka motywacja jest czytelna. Często już od początku "badacz" wyznaje, że poznając kulturę ludową chce poznać własne korzenie.

Pojęcia - hasła są jak punkty na mapie, która pomaga "światłemu" poruszać się w terenie, odpoznawać i oswajać napotkane obiekty - przedstawicieli etnicznej kultury, kultury korzennej, podstawowej. Taka mapa umysłu badacza to są właśnie jego uprzedzenia. Punkty - hasła są powiązane myśleniem, tworząc sieć, dlatego właśnie można mówić o mapie, o topografii, o przestrzeni umysłowej, w której porusza się badacz myśląc. Ta właśnie przestrzeń jest przedmiotem mojej uwagi.

Zastanówmy się, co chcą powiedzieć słowa: rozmówcy znaleźni wspólną płaszczyznę porozumienia? Słowa te mówią, że odszukali w sobie te same mapy. Uzgodnili przestrzeń. Dalej słowa mówią wyraźnie, że osoby te ze sobą rozmawiały. To ważne, bowiem w rozmowach osoby te doszły do klarownych uzgodnień. Pełna jasność, światłe poglądy. Palcem po mapie. Gorzej to idzie w terenie. Nie ma jasności w kontaktach z ciemnotą.

Mniejsza z tym, gdy się z mapą błądzi. Zawsze można dojść do wniosku, że albo teren, albo mapa nie ta! Gorzej jednak, gdy w takiej sytuacji poszukiwacz się naprze, że jednak coś znalazł, a już najgorzej, gdy to "odnalezione" nazwie.

A oto moja recepta.

Spójrz na mapę badacza. Sprawdź najważniejsze, orientacyjne punkty. Jakie tam nazwy-pojęcia?
Autochton, oryginał, aparat, wioskowy model, prymityw, boży głuptas, nawiedzony, autentyk, korzeń. Niezłe drogowskazy. Pobłądzisz, szukając tutaj człowieka. W tej wędrówce omamiony umysł tropi własne hasła.

Oto badacz. Spotkanie w terenie. Nie dąży ono do symetrii. Światły preparuje obiekt laserami posiadanych pojęć. Oto dobry obiekt. Spełnia warunki.

Badacz odkrywa korzeń. Wyciąga go z ziemi. Odkryty korzeń nie chce światła. Usycha i traci energię witalną. Sens życia korzenia tkwi w ciemnościach. Przykryty płaszczem ziemi wypełnia sens swojego życia. Korzeń - dawca soków witalnych. Światły potrzebuje korzeni. Jaśnieje na ich tle. Na korzeniach trenuje swój protekcjonalizm. Zawłaszcza je i autoryzuje. Czasem daje na nie copyright. Kiedy ta sytuacja idzie mu w smak, poszukuje "kogo by tu jeszcze". Buduje swój buraczany orszak - kolekcję. Oto prawdziwie atawistyczne, acz światłe tęsknoty feudalne. Orszak buraków. Zasiedla on muzeum wyobraźni światłego.

Ta sytuacja jest chora. To skaza stosunków interpersonalnych z pretensjami do historycznych uzasadnień. Kondycja życiowa odkrytych korzeni jest fatalna. Taka właśnie ma być.

Nieczyste, cherlawe, brudne, z ziemi wyciągnięte, dostało światła. Zobaczcie twarze buraków w pełnym świetle. Archiwum światłego. Dokumentacja. Twarze przysłonięte czym się da - ręką, chustą, czapką, wymiętolonym kapeluszem. Ostre, boczne światło razi. Ostre, boczne światło uwypukla wszystkie bruzdy przypominające o ziemnym, ciemnym bytowaniu. Przerazić innych światłem. Drogą wstrząsu uświadomić bezkres różnic i granic nie do przejścia. Po doznanym wstrząsie światła publiczność wraca do równowagi. Im większe zaburzenie równowagi tym więcej okazywanego podziwu dla szlachetnej pracy odkrywczej. Czasem nadchodzi reakcja melancholijna. Ach, te głębie. To nieznane, korzenne życie. Otchłań. Praca terenowa światłego zyskuje na znaczeniu. Warto węszyć w terenie. Trzeba tu mieć nosa. Naskórkowość zjawisk nic tu nam nie pomoże. Korzenne życie jest ukryte niczym smaczne trufle. Tak, tak. Trzeba mieć nosa na takich oryginałów. Nosa i charakter. Upowszechnianie nieoświeconego korzenia odbywa się w glorii autentyzmu. Prawdziwy, niepodrobiony, samorodny. To jest wartość. Niezbędny jest certyfikat z ziemi pochodzenia. Sensu nabiera terenowa mania dokumentacji. Dokumenty terenowe stają się certyfikatami określającymi wartość. Tylko z takim certyfikatem korzeń może być wyniesiony na piedestał wysokich wartości. Oto korzeń sam w sobie, z siebie i u siebie. Zasiedziały. Ciemność i brak dalekich horyzontów to cnota i skutek pod ziemią bytowania, z ziemią życiowym węzłem złączenia. Na dobre i złe. Na wieki.



Oryginał - "wioskowy prymityw"

Jest to wybitny konstrukt teoretyczny wiodący swój idealistyczny żywot jedynie w głowach "badaczy" - kolekcjonerów. Tam go można znaleźć. Dla nas ważne jest, jak szybko rozpoznać "badacza", który w myśleniu posługuje się pojęciem "wioskowy prymityw". Podaję kilka wskazówek, dość czytelnych.

To, co rzuca się w oczy od początku, to swoista niewrażliwość "badacza" na wartości, które niesie kultura tradycyjna. Nie pozwala mu ona odróżniać dobrych wytworów od złych. Jest w tym pierwszy znak mówiący o tym, że wartości kultury, którą badacz "bada", są mu obce. Brak kryteriów, wszystko jest cenne, terminologia ratownicza, specyficzna zadyszka z nutą pretensji do całego świata - oto cechy charakterystyczne. Zdradzają stan wewnętrznego zagubienia. Jest on podstawą manii dokumentacyjnej. Wszystko, zawsze, wszędzie, za wszelką cenę - dokumentować. Dla przyszłości! Boże? Kto będzie miał czas i poświęci kiedyś część swej biografii na grzebanie w tych śmieciach?

Po co obraca się ów "badacz" w ludowym środowisku, jakie są jego motywacje? Przeważnie okazuje się, że złapał tutaj sposób na samego siebie. Namiętnie tworzy kolekcję i eksponuje swoją osobę, swoją pasję. Dokumentuje wszystko, co nawinie się pod rękę, byleby miał wrażenie, że to odkrył. Mamy zatem następny wskaźnik. Jest nim eksponowanie własnej osoby i uprzedmiotowianie ludzi "odkrytych" - przedstawicieli kolekcji. Wypada tu nadmienić o specyficznej zazdrości "badacza" - kolekcjonera, która w praktyce prowadzić może do utrudniania profesjonalnego funkcjonowania ludziom z "jego kolekcji", o ile kompetencje i możliwości na to pozwalają. Troską środowiska współpracującego z żywymi ludźmi - profesjonalistami, mieszkającymi na wsi, powinno być ograniczanie wpływów takiej toksycznej osoby - badacza, kolekcjonera.

To są podstawowe cechy, które pozwalają nam wyłowić zaborczego miastowego oryginała, który w myśleniu posługuje się pojęciem "wioskowy prymityw". Myślę, że wskaźnikowanie napotkanego właśnie badacza, mające na celu wyłonienie z jego myślenia ewentualny żywot tego teoretycznego konstruktu, tzn. wioskowego prymitywu, będzie teraz ułatwione. Choć nie należy do przyjemności, na pewno się opłaci.

"Wioskowe oryginały", "prymitywy" - szukajcie ich w głowach "badaczy - kolekcjonerów".



Mapy regionalne, czerstwe.
Komu warsztacik po dziadkach?

Człowiek mniema. Mniemanie to wizja. Wizja dotyczy świata. Oswoiliśmy świat mniemaniem i ludzie spotykają się w mniemaniu. Mniemanie i świat to jednak coś innego. Mniemanie jest dziedzictwem, czymś co porównam do warsztatu z narzędziami, takimi w spadku po dziadkach. Pokolenia zmieniają środowisko. Rzesze ludzi zmieniają zasiedlenia i odwieczne zawody (profesje). Większość ludzi w Polsce kiedyś była związana z ziemią. Byli rolnikami. Ludzie w Polsce w większości mają agralne dziedzictwo. Co zrobić z takim dziedzictwem? Co zrobić z dziadkowymi narzędziami, czy można używać ich w nowym środowisku? W nowych dziedzinach? Jakie będą tego konsekwencje? Co będzie z mniemaniem?



Głębie duchowe, mroczność a nieporozumienie

Bywa, że ktoś nie kąsa tematu, nie wgryza się, nie zatrybia. Trudno! Trzeba mu pomóc. Po co ma się rzucać z motyką na słońce. Wgryza się ów człowiek, a narzędzia nie kąsają, postępów we wgryzaniu nie ma a zgryzota jest i nadal nie ma jasności, ciemno jest i niezrozumienie jest jak było. Bywa też, że ten ktoś "nagle sobie poradził" z problemem i "ucieka się" do "swoich" sposobów radzenia sobie z niejasnością.

A tu człowiek jednak zwyciężył, oswoił sytuację, doszedł bowiem do wniosku, że tu jednak naprawdę jest ciemno, a to znaczy, że sprawa jest głęboka. Jak jest głęboka to musi być ciemna, o tym bowiem traktuje doświadczenie dziadkowe. Kultura - uprawa to po prostu inne kopanie dołków pod zasiewy. W świadomości agralnej pogłębianie kojarzone być musi ze strefą cienia. W dołku jest ciemno, głębie są ciemne, pogłębianie zwiększa ciemność. Kopaliśmy zawsze dołki pod zasiew bulw i ziarna w nadziei, że w niezbadanej tajemnicy życia i tak bulwy i ziarna wzrosną same, do słońca.

Gdy Umysłowy Rolnik czegoś nie zrozumie zawsze nabiera mniemania, że to coś jest głębokie, że samo się kiedyś wyjaśni w tajemniczej sile wzrostu. Zatem że "coś w tym jest".

Jest taka rolnicza nadzieja, że w tym dołku jest ziarenko.

Może mieć to głębię duchową niczym przeżywanie mroku i jaskrawości w misteriach eleuzyjskich. Ot, taki ukryty, wciąż funkcjonujący, rodzimy kult Demeter.
Archaik po dziadkach odziedziczony, prywatny.

Takie "poznanie się" na sprawach kultury daje fatalne konsekwencje, jeżeli jesteśmy zainteresowani nauczaniem i wykształcaniem kompetencji kulturowych u "rolnika". Umysłowy Rolnik nie chce bowiem poznawać. On chce przeżywać, co jednak w konsekwencji sprowadza się do omijania dołków.

Kto pod kim dołki kopie sam w nie wpada.
Nie rób drugiemu co tobie niemiłe.

Emocja jest rośliną.
Może żyć swoim autonomicznym życiem.
Wtedy pleni się niczym chwast.

Zaliczmy nieobliczalne eksplozje nieujarzmionych energii.
Używają one ciała niczym rośliny gleby.
Człowiek zglebiony, człowiek zgnojony, szuka w tym zgnojeniu sensu. Znajduje!
Daje ciała roślinom.
Godzi się i oczekuje zgnojenia kiedy ma świadomość agralną.
Trzeba skopać, zgnoić, zepchnąć w dół, ku ciemnoś
ci, żeby potem pięknie rosło.
Po co?
W tym nie może być jasności.
To głębie ma!
Ciemność.
Roślinnie omotany, z poplątanymi myślami, przeżywa tajemnicę duchowości, niejasności, niedookreśleń.
Głęboko w to wszedł.
Zaplątał się, zapętlił, zawiesił.
Rolniku! Jasności! Zrozum to!
Nie chce i dalejże z motyką na słońce ratować Tradycję.
Warsztacik po dziadkach w użyciu współczesnym.
Nic tu proszę nie zmieniać. Kto wie, czemu on właśnie tak urządzony.
OJ!
Daliśmy się uwieść przodkom.
Znów daliśmy ciała.



Słowa klucze

Są słowa - klucze.
Niektóre z nich robią zadziwiającą karierę.

Im większa kariera hasła, tym częściej się zdarza, że ludzie nie zastanawiają się, co właściwie słowo - klucz oznacza. Przejmują je z całym bagażem emocjonalnego znaczenia jako nazwę pewnego stanu emocjonalnego, nie zaś jako nazwę pojęcia (a pojęcie jest wcześniejsze niż jego nazwa i długo może funkcjonować niezetykietowane). Bywa, że słowo - klucz funkcjonuje nie będąc intelektualnym doświadczeniem jednostki. Nieprzepracowane hasła, słowa - klucze, zaczynają funkcjonować na zasadzie przekleństw, klątwy, czy magicznej formuły. Znienacka wypowiedziane przerywają rozmowę, myślenie. Są dobre przy podsumowaniu kogoś, niosą bowiem ciężar emocji. Ludzie obwinieni klątwą słowa - hasła przestają myśleć. Miotają się w emocjonalnym splątaniu. Za przykład niech posłuży nam hasło postmodernizm, ludowizna czy fundamentalizm. Te hasła mogą być użyte niewinnie, np. tak: Wiesz przyjacielu, to co zrobiłeś, to taki postmodernistyczny koktajl; lub: Co oni grają? to jakaś ludowizna; albo: Nie uważasz, że twe poglądy trącą fundamentalizmem? Oprócz emocji, która ma splątać myśl, niczego się z tych wypowiedzi nie można dowiedzieć, zatem nie sposób rozważnie prowadzić dalej rozmowy. To były przykłady haseł niosących negatywną emocję splątującą "przeciwnika". Są też hasła dowartościowujące. Na przykład: nasze korzenie, autentyczny. Mogą być użyte tak: To takie proste, od serca, nasze korzenie; albo: To jest czyste, autentyczne. Takie stwierdzenie wystarczy, żeby dalej już o niczym nie myśleć. Taki jest dobrostan dowartościowanych.



Jeszcze raz w głąb metafory
"Nasze korzenie"

Przyznam, że nie rozumiem funkcjonującej dziś i nadużywanej metafory korzeni.

Z pozoru wygląda ona niewinnie jako poszukiwanie swego rodowodu, jako zabieganie o swą głęboką, podstawową tożsamość.

A przecież nie korzenie są najbardziej niewiarygodną częścią rośliny, nie one ją określają.

Część widzialna, naziemna rośnie równocześnie z podziemną, korzenną. Mamy tutaj do czynienia z równoczesnością. Jedna i druga część kooperuje ze sobą i dostarcza wzajem niezbędnych składników. To co ciemne i to co jasne współpracuje w jednym organizmie. Czy zatem nie jest tak, że mówienie o korzeniach, mówienie o połowie ciemnej, ma zwrócić uwagę na ziemię, na zakorzenione prawo własności gruntu? Byłoby to pieśnią wojowanie? Pieśnią uzasadnianie zasiedleń korzennych? Czyżby tego typu ludzie, "poszukiwacze", chcieli degradować człowieka do życia roślinnego? Czy życie roślinne zgłasza tu pretensje do głębi duchowej? Części nadziemne, zielone, widoczne, łapią energię świetlną. Czystą energię. Kwiaty są otwarte na miłość. Była kiedyś rewolta Dzieci Kwiatów. Korzenie są mroczne, podstępne, nieobliczalne.

Co powiemy o poszukiwaczach korzeni?

Owi "poszukiwacze" zbyt często męczą korę swego własnego mózgu bodźcując jego pień podstawowymi rytmami swego roślinnego życia, aby w tym bębenkowym bum, bum można jasno z nimi myślenie przeprowadzić.

Myślenie to świetlista właściwość.
Kiedy rodzi się pojęcie - człowiek przeżywa olśnienie.
Przebłyski światła i przestrzeń napowietrzna to kraina czystych energii, myślenia, ducha.
Korzenne emocje są mroczne.

Myślę, że środowisko "korzennych poszukiwaczy" może być łatwo wymanipulowane przez socjotechniki najprostsze, stosowane przez polityków spod skrzydła nacjonalistycznego. Teraz "korzenni" pukają w bębenki i kwilą na skrzypeczkach, kiedyś mogą być potrzebni wyśpiewując mroczne prawo własności gruntu.

Tyle nad ziemią ile pod ziemią - oto roślinna egzystencja w dwóch światach.

Świetliste życie części naziemnych, szukające nowych przestrzeni, rwące się do lotu miłosnym pyłkiem, skrzydlatym nasieniem i korzenne zasiedzenie, mroczność, analna chciwość koprofagicznych korzeni. Oj! Oj! Śmierdzące są korzenne sprawy!

Tyle na temat wyświechtanej metafory.

Światła, jasności, powietrza, najczystszych energii pragnie moja archaiczna dusza.



Adoracja prymitywu

Kto, kiedy, dlaczego adorował prymityw, dlaczego ubogich (duchem) jest królestwo niebios - nie chcę się tym dzisiaj zajmować.

Chcę przypomnieć jednak, że adoracja prymitywu może być groźna dla życia. To są lekcje z historii niedawnych, a sprawy nieoczekiwanie stają się poważne, gdy gra idzie o życie. Tutaj zostały metaforycznie wyłożone. Dowartościowany prymityw to dobra maska dla agresywnych impulsów. Nie wolno płodzić ideologicznych uzasadnień dla zbrodniczych impulsów w człowieku. Dowartościowany prymityw to dobra maska. Umożliwia antyinteligenckie nagonki. My jeszcze pokażemy tym inteligenciakom - wykrzykiwał do mnie kiedyś zawodowy, etatowy chłop. Do dzisiaj nie wiem, co chciał pokazać. Miałem też, chcąc nie chcąc, doświadczyć antyinteligenckiej nagonki rodem z klasyki gatunku. Było to jesienią 77 w Kijowie. Wtedy to dowartościowana "żywa skamielina ludowa" wizytująca stolicę, a pochodząca z dalekiej zapewne i nieznanej mi krainy zwanej kołchoz, wołając: "Burżuaaaa, polskie pany!" ruszyła do ataku. Daliśmy tyły. W nogi!

Uciekał: mój brat, architekt, znajomy doktor fizyki zajmujący się ciekłymi kryształami, uciekał filozof, przyswajający nie tylko dla intelektualnej zabawy różne modele teoretyczne dotyczące rzeczywistości oraz ja, psycholog in spe ...

Niepokojąco czerstwa skamielina mimo erupcji niepohamowanej żądzy i niekłamanej, autentycznej agresji pierwotnej nie doścignęła nas wtedy. Tego dnia sprawiedliwa ręka ludu i miotła historii chybiły celu.

Ach te młode lata i nasz bieg ku wolności. On i tylko on był realny dla nas. My, polskie pany, burżua, pod pomnikiem Chmielnickiego. Cóż za obrazek.

Jak łatwo obudzić demony. Szczególnie, gdy przedtem pieści się je i pielęgnuje, dowartościowuje, adoruje.

Pomyśleć, że owego dnia mój przyjaciel, filozof - "maratończyk", miał przemyślenia dotyczące realności bytu samego w sobie, a ja dziś proponuję, tak jak wtedy, zimny wychów demonów, bez zakłamań historii i zbędnych pieszczot. Nieustające douczanie. W imię wolności. Żeby się nie bać i żeby biegać, ale tylko dla zdrowia i z własnej woli. Możemy uciekać, ale w kierunku rozwoju, łapiąc formy życia. Możemy uciekać, ale do ludzi, żeby cieszyć się ich bliskością, budzić puls życia, nieustającej wymiany.

Rozwój ducha - form kultury, rządzi się prawami, które odnajdujemy jako konsekwencję relacji ludzi twarzą w twarz. Rodzice - dzieci, nauczyciel - uczeń. W tej sytuacji zmiana zachowań i rozwój jest celem, jest uznawaną wartością, oczekiwanym efektem takiego spotkania. Takie relacje twarzą w twarz wymagają otwartości, twórczości, akceptacji nieprzewidywalnego. Tutaj postępy w rozwoju niekoniecznie oznaczają coraz większą komplikację, wszak sprawy się wyjaśnia i rzeczy się krystalizują, człowiek zbiera myśli. Postęp, rozwój, zmiana - koniecznie musimy rozumieć, że te pojęcia znaczą co innego oraz dotyczą innego zakresu zjawisk. Musimy, jeżeli nie chcemy popełnić pomyłki - o której, przytaczając różne przykłady, opowiadam. To rozumienie prawdy, do której się dąży w rozwoju, może być zrazu niejasne, a sam proces rozwoju tajemniczy. Prawda jest ciągle osiągana i to w poczuciu niepewności. Jak to się dzieje, że oto uczony człowiek, wrażliwy i otwarty, ma poczucie, że jest nieprawdziwy? Że jego ekspresja nie może być prawdziwa? Że nigdy nie może być autentyczny? Skazany na nieprawdziwe, udawane życie? Czy to dlatego, że zdał sobie sprawę z tego, iż prawda posiadana jest niepełna, ciągle przed nim, do odkrycia, do osiągnięcia? Jakże oczarować musi go spotkanie z kimś, przejawiającym niespotykane dotąd u niego poczucie pewności siebie. Im większa prostota, tym większa pewność siebie - tak brzmi podstawowe twierdzenie psychologii poznawczej. Owo "swojaczkowe" poczucie pewności, kiedy wszystko zdaje się być określone zakresem własnych horyzontów, opisał dawno temu Oskar Kolberg. "Człowiek tu zespolił się z Naturą, widnokrąg zakreślony okiem, oto świat cały, świat życia; większych on przestworów nie pożąda".



O pomylonym myśleniu

O tak, zapowiedzi adoracji prymitywu znajdujemy już u Kolberga, jednak wielki uczony dochodził do takiego uwielbienia jako niekłamany piewca spraw naturalnych. Dlatego zapewne z równą namiętnością opisywał "dzikie obrzędy Indian", jak i "krzyki małpy żyjącej gromadnie".

Dzisiaj zainteresowanie prymitywem może wynikać z prostej pomyłki, z używania teorii ewolucjonistycznej w myśleniu o rozwoju kultury. Niby się o tym wie, że to manowce myśli, a jednak ... Ludzie uporczywie popełniają błędy.

Taka prosta pomyłka rodzi przeświadczenie, że formy proste są starsze, rodzime, początkowe; zaś formy złożone, późne, być może obce. Dlaczego tak się uważa? Bo teoria ewolucji mówi o kierunku rozwoju od form prostych do coraz bardziej skomplikowanych. W takim myśleniu prostota staje się glejtem dawności. Oczywiście to wszystko dzieje się w umyśle "kulturowego" ewolucjonisty, który używa niewłaściwego narzędzia do obróbki niewłaściwego materiału.

Ta prosta pomyłka - biologizm widzenia spraw kultury - może rodzić zachwyt nad prostotą i aktywne poszukiwanie różnych form prostych. Do zainteresowań "początkiem" wprowadza poważną skazę - prostota formy staje się tu znakiem prawieku. A dawność bywa wartością, szczególnie gdy ma nadrabiać niedostatki historycznych źródeł w różnych dziedzinach, gdy ma służyć sztukowaniu Historii. Manipulowanie wizją trwania i rozwoju niepiśmiennej kultury tradycyjnej służy przesuwaniu datowań. Darwinowska teoria rozwoju, milcząco przyjmowana "mimo wszystko" również w dziedzinie ewoluowania form kultury, prowadzi do adorowania prymitywu jako skarbów przeszłości z początku dziejów narodu, jako cudem ocalałych niezapisanych źródeł. Wypracowane w biologii schematy, opisujące kierunek rozwoju organizmów biologicznych, przeniesione na opis zmian w kulturze, każą "oświeconym" adorować niedouka - "samoródka" za jego domniemaną pierwotność.

Dodajmy do tego jeszcze mgławicę romantyczną i "głębie ducha", a jedno i drugie może iść w parze, o czym się niejednokrotnie przekonałem i wtedy "oświecony" pomyśli, że przed Historią był przecież Mit. Teraz dla samoródka otwierają się bramy narodowych niebios. Wioskowy prymityw stał się żywą skamieliną, ucieleśnieniem początku dziejów narodu - plemienia, genem rasy, jej esencją.

W Europie szaleją nacjonalizmy. Nie oszukujmy się, że tak nie jest. Mają swój smak. Opiszmy to plastycznie. To, co biedny inteligent ma rozwodnione lub nawet "tym nie trąci", wioskowy prymityw ma gęste jak syrop, miód autentyczny, samo dobro, archetyp.

Gdzież takiego szukać?

O tym już pisałem. Powtórzę!

W głowach "badaczy - kolekcjonerów".



Przykłady pomylonego myślenia

I. Złóbcoki, żółwie i chromosomy

Różnorodnych złóbcoków jest dziś niemało, "problem" jednak w tym że te, które są dziś u muzyków, rażą schematyzmem profesjonalnej roboty lutniczej. Dawne, muzealne dziś eksponaty złóbcoków, te różnorodne, o organicznych kształtach, "wymarły". One rodzą pokusę biologicznych interpretacji. Dlaczego?

Ich korpus, w całości wyciupany z jednego klocka drewna, ma kształty obłe, czółenkowate. Jak żółw!

Zdarzyło mi się być na sesji instrumentoznawczej, na której prelegentka przedstawiła typologię i drzewo ewolucji złóbcoków wraz z próbą datowania opisywanych zmian ewolucyjnych. Obłęd i to akceptowany na tej sesji przez jej uczestników. Formy złóbcoków "ewoluowały" w głowach myślicieli tak, jakby zmianą kierował dobór i selekcja naturalna, a zmiany były zapisywane przez kod genetyczny znajdujący się w żywym ciele złóbcaka. Pojawił się bogaty sztafaż naukowego wysiłku. Drogi rozwojowe, typy, przejścia, ogniwa pośrednie, formy brakujące, aberracje. Złóbcok "sam w sobie" noszący tajemnicę swej budowy. (Oj, naukowcom przy komputerkach oderwanym od realności życia!). Kiedy w trakcie wykładu pojawiły się parabole, elipsy, logarytmy mające uchwycić niuanse wyciupanych z klocka kształtów, moja parabola kulturowa została przegięta w kierunku przeciwnym myślom prelegentki. Kilkanaście endemicznych złóbcoków z kilkunastu wiosek nadal jednak zajmowało moją uwagę. Te stare złóbcoki są pękate i krótkie, nowsze są długie i smukłe. Tyle o proporcji. Kiedy w rękę weźmiesz klocek, ot taki z którego chcesz zrobić instrument, to warto, żeby pasował do ręki. A kiedy ten poręczny klocek będzie krótszy i obciupiesz go na kształt czółenkowatej chochli, to będzie ona bardziej pękata od tej, zrobionej z klocka dłuższego, która będzie smukła. To jest sprawa proporcji i ergonomii a nie tajemnych związków rozrodczych. Złóbcoki w środku są puste. Muszą rezonować.

Nie brzydź się materii. Nie bój się pobrudzić rąk. Jesteś naukowcem, a więc "poznawaczem". Obciupuj klocek kiedy trzeba. Poznaj technologię. Dotknij. Zakapujesz bez gadania o co chodzi. Nauka to nie tylko szpiegostwo i strzępienie języka. To nie obgadywanie ludzi w specyficznym dla naukowców naukowym żargonie. Spójrz ludziom w oczy. Nie bój się ludzi. Twórcy wciąż żyją. Żłobią złóbcoki. Z klocka.

Ergonomia powołała kształt złóbcoków do życia. Wszelkie subtelniejsze analizy są intelektualnym zbytkiem, stratą czasu. Nie waży się kartofli na wadze laboratoryjnej. Po co te wpływy formy na formę, po co te linie rozwojowe, rodzaje? Czy ktoś słyszał o tym, żeby złóbcoki kopulowały ze sobą na wiosnę? Żeby w radosnym stukotaniu wymieniały swój materiał genetyczny jak żółwie? Nie szukajmy w nich chromosomów. Nie małpujmy biologów - ewolucjonistów. Pomyślmy realnie, jak i dlaczego zmieniło się to narzędzie? Popytajmy muzyków. Skrzypkowie wiedzą, że złóbcoki dziś, to "przeonacone" skrzypce. Nieatrakcyjne dla ucha i atrakcyjne dla oka. Tak jest od trzech pokoleń. Chyba od Bartusia Obrochty, od czasu pierwszych, wielkich podhalańskich skrzypków. To oni dla celów prezentacji sięgają czasem po złóbcoki. Oczywiście te "przeonacone", na które łatwo się skrzypkowi przestawić. Ponieważ mają one długość skrzypiec, można je dostroić do standardowego A i można grać na nich w zespołach. Zespołem jest w tej tradycji coś, co nazwę podhalańskim kwartetem smyczkowym. Jest to zespół przez ceprów wymyślony. Tak, tak, ceprom zawdzięczają podhalańczycy smyczkową kapelę. Dla ceprów warto było (i nadal warto) grać, ale estetyka "wysokiej kultury" stawia twarde warunki - to ma być dzikość szlachetna! A co jest szlachetne w brzmieniu "wysokiej kultury"? Kwartet smyczkowy! I stało się. Dziś jest szlachetnie, lecz trochę nudno. W imię "kwartetu" przestano na Podhalu basować na tubmarynie - są takie świadectwa, że kiedyś miało to miejsce: odrzucono złóbcoki o chropawym, rachitycznym brzmieniu dobywanym ze strun skręconych z nitek, flaków i drutu, zarzucono instrumenty pasterskie - trąby drewniane, dudy, długie, acz ciche piszczałki o trzech tylko otworach bocznych, odrzucono wreszcie na przestrzał otwarte flety krawędziowe, które, jeszcze w okresie Romantyzmu, zajmowały uwagę Seweryna Goszczyńskiego. Wraz z wyrugowaniem tych wszystkich instrumentów rugowano równocześnie repertuar pasterski. Standaryzacja obrąbała, obciosała tradycję do kilkunastu modeli melodycznych, kilku przepisów na basowanie na również "przeonaconej" wiolonczeli i na sekundowanie na przeonaconych skrzypcach. Szczupły repertuar góralskiej kapeli smyczkowej wystarczy dla szczupłego zainteresowania raz po raz przyjeżdżających z miast ludzi. Granie więcej i lepiej jest tu prywatnym dziwactwem i musi prowadzić do przekraczania granic regionu. Ten grzech musi być udziałem najlepszych muzyków Podhala. Grzech wyjścia poza ciasne ramy. Póki co z Podhalem kojarzony jest ostry jak granit góralski kwartet smyczkowy. Trochę nudny, ale nasz. Nie ma w nim miejsca na złóbcoki, toteż wzięły i wymarły.



II. Wielki kompozytor bada sprawę archetypu.
"Baba " z puszczy, Mikołaj Górecki adoruje "Babę".

"Babę" to nie znaczy kobietę.
"Babę" to znaczy sam lud poprzez jej osobę.

"Baba" powinna być ubrana regionalnie, to znaczy tak egzotycznie żeby widzowi nie przyszło do głowy, że służy za wieszak dla historycznego kostiumu.
Dobra "baba" powinna być poza czasem i poza historią: mityczna, z prapoczątku, z raju.

"Baba" - świętość narodowa.

A już "baba śpiewająca" to sam kryształ muzyczny narodowych harmonii, czysty, świetlisty, boski. Fizyczny człowiek jest tu tylko personifikacją zbiorowego ducha.

I oto przed nami stoi.
Fizyczna, namacalna (a jednak), kobieca.

Zobaczyłem ją po koncercie w pierwszym studiu Polskiego Radia w Warszawie. Tego wieczoru Jacek Urbaniak z zespołem Ars Nova wykonywał pieśni kurpiowskie. Śpiewała przemiła pani Apolonia Nowak. Śpiewaczka z wioski Kadzidło.

Po tym koncercie światowej sławy kompozytor polski, Mikołaj Górecki, odcedził z całości zespołu "babę"- kurpsiankę i ją adorował. Podobało się, pomyślałem. Widziałem Jacka Urbaniaka, aranżera tego muzycznego zjawiska, fuzji muzyki "dawnej" z muzyką "ludową". Stał niedaleko. Nie powiem, że czekał na gratulacje, jemu one się należały. Gratulacje wielkiego kompozytora zbierała jednak Apolonia Nowak.

Jacek Urbaniak od lat wsłuchuje się w strzępy, w urywki muzyki nieżyjących, często nieznanych z imienia i nazwiska twórców z "zamierzchłych epok". Z tej materii tworzy swoją kolorową muzykę. Podobnie zachował się i w tym przypadku - wykonywania melodii ludowych rodem z Kurpiowszczyzny. Wszak muzyka ludowa to koncert historyczny, sztuka nieżyjących, nieznanych nam kompozytorów. Urbaniak zaaranżował, stworzył, powołał nową - starą muzykę. Gratulacje mistrza Mikołaja zebrała jednak "baba", czyli "lud", czyli autorka muzyki - że usprawiedliwiająco postaram się zrekonstruować myślenie, które może prowadzić do takiego zachowania. Prowadzi ono do adoracji "baby" - zjawiska.

Czy jednak kompozytor dzisiaj wie kim jest owa "baba"? Myślę, że do dzisiaj została przedstawicielką ludu z Puszczy Kurpiowskiej.

"Baba" w cywilu to wrażliwa pani, zainteresowana ludźmi, lubiąca ludzi.

-Kto to był, ten pan?- pytała mnie kiedy niosłem jej ciężki ludowy strój do hotelu.
Przedstawiłem jak umiałem. Wyjaśniłem, że dzisiaj w świecie Górecki więcej niż Penderecki znaczy, że to jest nazwisko, że bardzo niesamowitą muzykę pisze. Tak mówiłem. Nie bardzo to wszystko przekonywało panią Apolonię, ale w pewnej chwili "zatrybiła".
-A mi to powiedział, że coś takiego jak ja śpiewam, napisze. Oooo! To ja sławna będę. Stara baba na stare lata!

Pani Apolonia krótko przeżywała to wszystko, co się tak nagle zdarzyło, a potem poszliśmy razem na wspólną imprezę, na której było tak wesoło, że Apolonia więcej nie myślała o sławie i wielkim świecie. Może dobrze, może źle.

W każdym razie gdyby jednak Mikołaj Górecki rzecz kurpsiowską napisał i miał pomysł, żeby rzecz ową zaśpiewała Apolonia Nowak, to czy domyślacie się do kogo pobiegłbym po koncercie z gratulacjami? O nie! Górecki nie popełni tego błędu. To wielkie nazwisko.

Ta opowiastka daje możliwość zastanowienia się nad dwiema kwestiami: czy zawsze i we wszystkim mamy brać przykład z wielkich mistrzów oraz czy muzyka ludowa to rzeczywiście koncert historyczny z utworami nieznanych kompozytorów? Odpowiedź niech będzie Twoją prywatną tajemnicą. Opowiem teraz jak Apolonia w Warszawie dalej sztuką handlowała.



Leluja drogo sprzedana

Pamiętam wieczór u Janusza Tworzyńskiego, producenta i wydawcy muzyki etnicznej. Janusz ojcował wtedy pomysłowi Jacka Urbaniaka i chciał wydać materiał ze spotkań śpiewaczki z Kadzidła Apolonii Nowak z zespołem muzyki dawnej Ars Nova. Mimo, że nagrania były daleko w polu, Tworzyński już myślał o szacie graficznej przyszłej płyty.

A pani Apolonia ma przecudną fantazję plastyczną . Zadziwiła mnie, kiedy byłem u niej w domu, na Kurpiach. Z papieru wycinała sceny drogi krzyżowej do miejscowego kościoła. Studiowała stare drzeworyty, od Durera poczynając i zastanawiała się jak przerobić je na kurpiowską wycinankę. Realizowała pomysł - zamówienie księdza, który dał jej książki, by się inspirowała. Oprócz tego zamówienia, które nie szczędziło Apolonii utrapień (bo wielkie, jak na wycinankę, kompozycje, rozsypywały się a sztuczne "Żebrowania" obrazków dawały komiczne efekty), potrafiła "w pół sekundy" wyciąć drzewko - leluję, zwierzątka, ptaki. Bardzo mnie to wszystko zadziwiało, bo odbywało się bez szkiców, "na oko", zawsze było inne. W Apolonii był żywy wzór a nie sztanca!
Słowem, miałem przed sobą artystkę.

- Ile to kosztuje?- spytałem, a choć były to czasy niedawne, liczyło się wtedy w Polsce na miliony.
- Mała leluja tysiąc - odpowiedziała bez ceregieli artystka. Chleba nie kupisz, a masz piękny obrazek, pomyślałem.

- No to ja takich za tysiąc poproszę całą garść. A te trochę większe ile kosztują?
- O te są za pięć tysięcy.

I znów powstają cuda. A jeszcze większe obrazki, całe sceny ze zwierzyną, z drzewami itd. Apolonia hołdowała namiętności. Twórczej. Jej ślad możesz dziś podziwiać w naszym domu w Poznaniu.

Ale teraz znów niech będzie mieszkanie Janusza w Warszawie, pół roku później. W nim, wieczorem, po sesji nagraniowej, odbyła się taka mniej więcej rozmowa:

- Pani Apolonio, wytnie pani drzewko - leluję, a ja z tego zrobię okładkę płyty, to będzie pani projekt - proponuje Janusz.
- Dużą czy małą leluję, jakąś dziwną czy taką zwykłą - pyta Apolonia
- A na Kurpiach poznają, że to Pani wycinała?
- Pewnie, że poznają, bo każdy ma swoje wzory, swój styl, swoją rękę.
- Ale przecież te leluje są kurpiowskie - uspokaja się Janusz.

- Tak, tak. Nasze, z regionu.
-A ile pani chce za taką leluję?
- Za małą - zwykłą, biorę tysiąc.
- To niech Pani wytnie taką zwykłą.

Apolonia wycina, Janusz łapie firmowe papiery i pisze: umowa o dzieło, projekt okładki itd.

- Płacę pani sto razy tyle ile pani żąda. Płacę tyle, bo kupuję nie tę leluję, ale jej projekt - mówi Janusz.
- ?
- Kupuję prawo do reprodukowania tej lelui na moich wyrobach.
- To ja już nie będę mogła sprzedawać lelui?
- A umie Pani zrobić dwie t
akie same?
- Nie
- Ale ludzie z Kadzidła poznają, że to Pani robota?

- Tak, no tak.

Potem odbyła się transakcja. "Na pniu". Pani Apolonia z pewnością myślała tej nocy, co sprzedała i dziwowała się samej sobie, że przedtem nie sprzedawała idei - projektu, tylko wzorzysty ozdobnie pocięty papier, a projekt dawała gratis.

A tak mówiąc między nami, była to z pewnością najlepiej sprzedana leluja w życiu Apolonii.



Moje eksperymenty.
Siła stroju ludowego - jak go zmajstrowałem i jak zaczął działać

Nowy Jork. "Hej chłopcze, z tobą jest coś nie tak" powiedział do mnie w Nowym Jorku pewien Latynos. Miałem się czego obawiać, bo oto wchodziłem do samolotu lecącego do Caracas. Latynos był pracownikiem Panamu. To "coś nie tak" to był mój prywatny ubiór. W takim stroju nie wchodziło się do samolotu amerykańskich linii. Zabronione. Był rok 1991. Moje amerykańskie zaskórniaki nie wystarczały na zakup pożądanego amerykańskiego stroju "właśnie takiego" do amerykańskiego samolotu. Sytuacja była patowa. Razem ze mną Latynos wyłuskał z tłumu potencjalnych pasażerów jeszcze trzech delikwentów "jakoś nie takich", czyli cały Kwartet Jorgi. Nie lecimy. Coś nie tak. Cena wolności! Nasza dobra cena. Co robić? W Nowym Jorku na obcej ziemi?

A tamci idą jak do upragnionego raju, biznesmeni pod krawatami. Szaro, szaro, lecz wszystko OK. Co robić? Aż tu idą i wchodzą brązowoskórzy w turbanach i zawojach, egzotyczny świat, który wywalczył sobie prawo obywatelstwa, wchodzą starotestamentowi w kapeluszach, staje się barwnie i optymistycznie. Pomysł zjawia się natychmiast. Strój regionalny, egzotyczny! Znikamy na chwilę. Skarpetki wędrują do worka. Na bose stopy sandałki, spodnie czarne, luźne, takie do kung - fu, biała koszula na wierzch przewiązana szarfą , sznurkiem, chustą, sznurowadłem, kołnierzyk koszuli wwinięty do środka, żeby nie straszył, mankiety tak samo, a na głowę piękny kapelusik słomiany. Kapelusiki mieliśmy przeciw słońcu południa. Do dzieła. Na egzamin Latynosa. Rozmowa. Co to za ubiór? Ludowy. Skąd? Z Europy. Z jakiego kraju? Z Polski? Czy to jest ten kraj, który walczył z Ruskimi? Tak. Tu zagadała już miła panienka. Długo nie mieliście swego państwa - popisywała się wiedzą historyczną. Tak, tak. To my. Z Polski. Ładny ten ubiór. U was też ciepło teraz? Tak, bardzo ciepło. Pokażcie swoje bilety. Dalej szło jak z płatka i mieliśmy potem w samolocie wiele satysfakcji wymachując w biznesklasie przy opancerzonych w nienaganne buciki i garnitury szarych biznesmenach. Lecieliśmy wyżej niż samolot. Z nami leciała siła postmoderny a także iluzja amerykańskiej wolności. Bezrozumne to siły, niedokształcone, lecz bardzo wesołe.

Tu respektuje się każde dziwactwo, byle miało legitymację grupy, choćby najmniejszej. Nie chroni się jednostki, o czym się przekonaliśmy, ale ma respekt wobec grup, które mogą narobić hałasu. My mogliśmy. Dali nam iluzję wolności. Sam widzisz czytelniku, że ta iluzja może prowadzić do rozpasania się regionalnych, "mniejszościowych" dziwactw, do ich kultywowania. Regionalizm jest tu innym rodzajem mundurka, nikt jednak nie ma katalogu tych mundurków. Tu nie festiwal z komisją sędziów kompetentnych. Tu wesołe życie. Tu rządzi Latynos bądź panienka, która coś tam słyszała i ma dużo sympatii. Bawmy się mundurkami, korzystajmy ile się da z informacyjnego szumu. W imię wolności.

Zachwyt mną targa, lecz nie bezgraniczny, kiedy jadę do Kazimierza nad Wisłą, gdy festiwal trwa. Sami przebierańcy! Balanga. Któż tam przyjeżdża?

Skini, polska młodzież bawi się przy polskiej muzyce, dreadmani z bębenkami poszukujący, nie tylko po nocy, kolektywnego pulsu, nowi chłopomani w lnianych strojach uczący się swoich korzeni, ogólnie rozmarzone, długoswetre, literackie panienki, no i - oprócz tych co na wywczasie - markotnieją z powodu zamieszania, bo pragnęli spokoju - najegzotyczniejsi, najdziwniej przebrani i najbarwniejsi ci, co wchodzą na podwyższenie estradowe - muzycy ludowi i śpiewaczki, ludzie w przedziwnych, barwnych uniformach. Młodzież w skórach lakierowanych i młodzież w łapciach sama kupiła strój. Noszą go na co dzień albo od święta, ale z własnej woli i dla identyfikacji. Muzycy i śpiewaczki stroje wypożyczyli. Młodym ludziom to przejdzie, "to" - czyli cała ta przebieranka. Minie ona im za kilka lat, muzykom za kilka minut.

Przebieranka jest częścią fantazji. Jest wyborem. Niech taką i tylko taką zostanie, bowiem tylko człowiek na służbie nie wybiera swego munduru i mundur określa jego zawód bądź tymczasowy instytucjonalny przymus, miejsce w strukturze instytucji itd. A jednak nawet mundur zostawia człowiekowi szczyptę prywatności - nie określa jego pochodzenia.

A jaki jest rodowód stroju ludowego? Nazwijmy rzecz po imieniu - jest to rodowód społecznego przymusu, nakazu. Z urodzenia. To nie fantazja, humor czy osobowość kazały chłopom ubierać się "regionalnie". To był mundur przynależności do chłopskiej warstwy. Jeden dobry ciuch na całe życie w skrzyni. Na niedzielę. Brrr! Okropne to szczególnie dla dzisiejszych kobiet pragnących wyrażać swoją niepowtarzalność, kobiet eksperymentujących z ubiorem, kokieteryjnych i swobodnych. Swoboda jest nowością. Jest wywalczona, ponieważ nie obyło się bez obyczajowych szoków. Swoboda ta jest wciąż znakiem zachodniej kultury. Każdy to czuje. Czym więc jest tęsknota za regionalnym mundurem?

A jednak kurczą się dziś "nieskażone, autentyczne" regiony. Cóż należy robić? Proponuję:



Zrób autentyk!

Dlaczego? Bo warto mieć swojego Górala. Prawdziwy góral powstał w wyniku długotrwałego procesu w dziejach naszej kultury narodowej. Kiedy górali "odkryto", opisywano ich, a potem dokumentowano nowoczesnymi metodami. Promowano tę kulturę robiąc "mieszanki" z innymi gatunkami odpowiadające gustom epoki. Tak, panie, to już przeszło sto lat odkrywania niedocieczonych wątków przeszłości. A dziś?

Niewiarygodne, ale udało mi się spotkać człowieka, który twierdzi, że odkrył Podhale i wypromował je! A było to w roku 1992! Górale są odkryci przeze mnie w 1992, a nie przez Londyn w 1994 - takie zdania układał, a ja własnym uszom nie wierzyłem, że taki ze mnie szczęściarz i z odkrywcą nieznanych plemion rozmawiam. W dzisiejszych czasach, gdy tak trudno o autentyk! Podhale odkryte. Cóż teraz innym odkrywcom pozostaje? Trzeba zrobić gdzieś autentyk. Podaję receptę:

Wiadomo już, że autentyk musi być pierwotny. Cechy pierwotności to prostota i glejt nieuczoności. Co trzeba zrobić, sam widzisz. Trzeba:
- wyszukać ofiarę, najlepiej lekko klapniętego na głowę hiperekspresyjnego egocentryka
- potajemnie poduczyć najlepiej przez kształconego instruktora, fachowca dziedzin folklorystycznych
- ukryć pracę fachowca, powinien on potajemnie
zejść z pola
- teraz trzeba "odkryć" nieznanego twórcę, w którym tak niespodziewanie zagrały archetypy regionalne.

Robiąc autentyk warto być na etacie jakiejś instytucji, która ma w statucie wpisany cel animacji kultury ludowej. Pomoże nam to w przyszłości promować odkryte folklorystyczne zjawisko.

Fachowcy od regionalnych zmartwychwstań są jak dobre konie, na które można stawiać. Co się będzie działo? Będą jeszcze w Polsce śpiewać Niemcy o rodowodzie nadbużańskim odwieczne piosenki o swojej ziemi. Właśnie uczą się śpiewać. Będą śpiewać Litwini, Słowacy, Rusini, Tatarzy i Bóg jeden wie kto jeszcze. "Naukowym obowiązkiem" etnologów będzie dokumentacja tego zjawiska. Cóż z tego, że owe rzeczy mogą być artystycznie cieniutkie, nie w artyzmie leży ich wartość. Zjawisko będzie miało naukowy glejt, uzasadniający jego istnienie i zapisy konstytucyjne. Jak tu nie mordować sztuki w tak sprzyjających okolicznościach? Zapisy dowartościowują i pozwalają rysować mapki - fetysze. Oby nie zostały mapkami sztabowymi. Oby zostały sentymentalno - pretensjonalnym zjawiskiem folklorystycznym.

Teraz jednak trzeba pouczyć się śpiewać, potańczyć, pograć. Tyle pracy i treningu. Ejże w tany wszyscy wraz. Bawmy się!



Amator i profesjonalista. Niepokojące symptomy przedwczesnego zakażenia

Co należy zrobić, żeby móc twierdzić, że amator, który zaczął grać na skrzypcach około trzydziestego roku życia i robi to od trzech, czterech lat, jest bardziej wartościowy jako muzyk dla kultury narodowej niż profesjonalista, który gra od siódmego roku życia i robi to przeszło ćwierć wieku? Podaję przepis na wykreowanie wartościowego amatora:

Jeżeli chcesz wygłosić jakieś szokujące twierdzenie musisz najpierw starannie przygotować teren. W tym przypadku warto podkreślać to, co niepojęte - irracjonalny trud amatora, który nie był do przewidzenia przy jakichkolwiek analizach jego drogi życiowej. Muzykant - amator staje się żywym ucieleśnieniem tezy mówiącej o niepełności egzystencji wyzbytej kontaktów ze sztuką. Warto wspomnieć tutaj o konieczności aktywnego uczestnictwa w kulturze, zaatakować konsumpcyjny styl życia, mass media, które żerując na taniej emocji lansują przemoc, banał i kicz. Taka opozycja uszlachetni motywację amatora - muzykanta, nada mu cechy romantyczne, rys donkiszoterii. Biedny mały człowiek kontra informatyczna, globalna maszyna, manipulująca świadomością mas.

Co jednak lansuje amator? O tak! Repertuar to sprawa podstawowa. On zadecyduje, czy w amatorze zagnieździ się Bóg czy katarynka. Konkretnie - nasz niedzielny muzyk nie powinien grać fokstrotów, tanga, melodyjek z pop kultury. Repertuar powinien być dobrany tak, żeby poziom porównań z dobrymi realizacjami nie okazał się dla muzykanta nokautujący, żeby amator sprostał technicznym wymaganiom. Warunki te spełnia muzyka ludowa. Nie chodzi mi o to, że słuchając jej masz włączoną taryfę ulgową, miękkie serce, nielimitowaną litość i troskę ochroniarską. Jest idealna, ponieważ satysfakcjonujące całości muzyczne składają się z kilku nut. Kilka "transowych nut" i już umysły, które szukają upojenia, odpoznają oberka. Oberka należy grać godzinami, w kółko, wtedy jego "tajemna siła transowa" objawia swą moc w całej pełni, a wykonawca ma szansę wyćwiczyć tych parę nut. Ktoś, kto nie słucha, cóż widzi? Że skrzypek gra i gra, godzinami. Muzyka płynie. Nasza rodzima sztuka. Wielkość można mierzyć długością? Tak, gdy się odpoczywa.

Dochodzimy do stanu ducha adepta. Czym jest dla niego muzyka? Warto podkreślić fakt, że dzięki muzyce późny adept zyskał nową tożsamość i całe jego poprzednie życie zostało unieważnione przez nową pasję. To oczywiste, że tak jest, bowiem na postawione pytanie "dlaczego gra" odpowiada, że muzyka, to jego życie. Pyta też, co miałby robić, gdyby nie grał? Jak głębokie jest zaangażowanie amatora? Dowiadujemy się o tym gdy muzykant pyta: "jeśli nie ja, to kto to robić będzie?". W tym pytaniu odnajdujemy nutę nieuzasadnionego tragizmu, jednak motywacja umieszcza się gdzieś w głębokich pokładach niewiadomego. Tajemniczy gość z tego amatora. Nie do rozszyfrowania, słowem "coś w tym jest"! A tu amator podkręca tragizm pytając retorycznie: "czy tego, co gram już nawet nikt słuchać nie chce?" Cóż z tego, że w tym pytaniu wietrzymy nutę przeraźliwej pretensji. Motyw odczuwanego osamotnienia przeraża. To rozmiękcza. Czy może być coś absurdalniejszego niż osamotnienie muzyka? Czy smutny wesołuch - błazen nie mówi więcej o kondycji człowieka niż elaboraty uczonych mężów? Zespolić ludzi w harmonii muzycznej - tego chce muzykant. Ale o czymże dzisiaj marzyć, kiedy wszystko pochłania moloch koncernów kulturowych, obce wzory wożą się na machinie wielkich pieniędzy niszcząc naszą rodzimą kulturę, którą nasz amator skromnymi siłami, w rozpaczy, pragnie kontynuować, idąc bezrozumnie za głosem serca. Kiedyś ludzie byli razem. Kiedyś potrafili się bawić! A dziś? Kiedyś sztuka była chlebem powszednim. Prosta w formie. Trafiała od serca do serca. To właśnie dlatego to, co kultywuje nasz amator jest takie proste. Ma trafiać do serca. Prostota jest zaletą, jest wartością, jest tradycją bezpośredniego przekazu. Nasz muzykant ożywia czasy, w których każdy człowiek był artystą, potem sztuka uległa wykoślawieniu. Dostała się w ręce profesjonalistów, którzy rozdymali wirtuozowskie popisy, eksponując siebie. Ich egocentryzm popsuł proste formy. Nasz amator eksponuje tradycję. To właśnie jest jego troska.

Po tych stwierdzeniach nadchodzi czas przedstawiania drugiej osoby, skrzypka - profesjonalisty. Przedstawienie to warto kontynuować w opozycji do znanego już muzykanta - amatora. Opozycja i jej eksponowanie pozwoli uniknąć porównań obu muzyków. Naszym zamierzeniem powinien być jednak taki stan umysłu, w którym wiernym słuchaczom nie przyjdzie do głowy myśl, że jeden i drugi pan gra na tym samym instrumencie, z tej samej mąki jest ulepiony i obaj mają duszę nieśmiertelną. Uniknąć porównania. Opozycja! Konflikt!

Jak zatem przedstawiać profesjonalistę?

Stwierdzamy obiektywnie, że muzyk profesjonalista grał solowe recitale, przyswoił większość dzieł literatury skrzypcowej, teraz gra w orkiestrze, zaliczył kilka zarobkowych wyjazdów zagranicznych, które jednak chwały mu nie przynoszą, bo były zarobkowe. Muzyk teraz gra w orkiestrze nie z wyboru, a z konieczności, bo solowa kariera jest dla niego niedostępna. Kiedyś grał Paganiniego, ale Ojstrachem to on nie jest. Całość tego opisu powinna niezauważalnie dryfować w kierunku nieuświadomianego zrazu przez czytelnika stwierdzenia, że muzyk gra, no bo się nauczył. "Nauczył się, to gra, taki zawód, jak każdy inny". Stwierdzenia rzeczowe nie pozwolą rozczulać się nad egzystencjalnym wymiarem uprawiania zawodu muzyka, jednak na wszelki wypadek w opisie należy używać mało przymiotników.

Do teraz dopiero przygotowywaliśmy teren. Zestawiamy opisy i co z tej operacji wynika? Myślę, że jedno na pewno. Muzykant to jest ktoś!

Wiedziałem co robię, kiedy dałem mu do ćwiczenia oberki. Teraz - już bez litości dla nikogo - uruchamiam wartości narodowe. Dlaczego? Bo to moje hochsztaplerstwo polega na polowaniu na tych, którzy dali sobie wmówić, że "podwaliną" kultury narodowej jest kultura ludowa. Ponieważ niemało takich ludzi w Polsce, dlatego moje wychwalanie skrzypka w nowicjacie skazane jest na sukces. Kto tu może się buntować? Na co będzie się powoływać? Na wartości muzyczne? Na uniwersalne prawa, kulturę muzyczną? Na sprawdzalne normy kulturowe, szkołę, która wykształciła system przekazu kultury muzycznej? Wolne żarty! Prawdę powiedziawszy każdy sprzeciw czy też jakiekolwiek zareagowanie w tak zaaranżowanej sytuacji zawsze będzie podejrzane. A jednak do pełnego zwycięstwa potrzebne mi teraz audytorium i bunt jakiegoś tam profesjonalisty - muzyka. Tylko wtedy bowiem mogę uruchomić pełną gamę symboli, którymi będę straszyć, by spowodować uległość oponenta. Jego uległość będzie pokazowa. Jeśli się tak nie stanie - przygniotę go obelgą, zarzucając mu nikczemność.

Czytelniku, dalej nie rozwijam tematu bo wiem, że obrona "szczerego muzykanta ludowego" ułoży się w twojej głowie sama. Muzykant ludowy ma większą wartość dla kultury narodowej niż muzyk profesjonalista. To jasne! W muzykancie ziemia śpiewa.



Ziemie odzyskane

Pamiętam Pojezierze Krajeńskie z 1961 roku. Dzieckiem byłem, a od końca wojny dzielił wtedy dystans mniejszy niż ten, który dziś dzieli nas od roku 1980. Liczymy upływ czasu wskazując na przełomowe daty.

W tamtych czasach czułem bezpośrednią bliskość wojny. Wszyscy mężczyźni w wiosce chodzili wciąż w mundurach. Opowieści wciąż dotyczyły wojny, a mundur był niczym nowy strój ludowy.

Czy tak nie było zawsze?
Czy taki np. strój podhalański to nie typowy mundur wojskowy, tylko z cysorskich c
zasów?

Tak było na Ziemiach Odzyskanych. Były zabawy. Rżnęły harmoszki. Śpiewano i cieszono się życiem. Akordeon i perkusja - to była kapela. Zabawy były na podwórku pod gołym niebem. Nie było nagłośnienia. Prąd był nowością.

Niedługo potem wszedł bigbit, te opolskie dziouchy, śpiewane na dudziarską melodię z Wielkopolski i wszystko potoczyło się lawinowo ku nowoczesności. Ludzie odzyskali równowagę i zyskali "świadomość", nową tożsamość. Wyrosło nowe pokolenie. Teraz z dystansu widzę jednak, że Ziemie Odzyskane to Kultury Stracone dla nas.

O czym bowiem śpiewa Ziemia Odzyskana? Ona milczy. Dlaczego? Bo nie ma tu ciągłości zaludnienia przez ludzi jednej ekumeny. Czy tam nikt nie śpiewa? Śpiewa osadnik, jego śpiew jednak się nie liczy, bo w tej pieśni ziemia śpiewa, ale inna. Ta, o której trzeba milczeć. Przemilczeć trzeba niewygodny fakt wędrówki, przesiedleń, wiele rzeczy, które mogą być obudzone przez pieśń. Czy zatem Centrum da pieniądze tym terenom, gdzie rzeczywiście "co wieś to inna pieśń", na kultywowanie tejże? Wszak właśnie różnorodnością mierzy się bogactwo kultury. Centrum nie da pieniędzy na folklor tam, gdzie go być nie może z samej definicji. Przypomnijmy - folklor sam się mnoży i przez wieki jest przekazywany przez autochtonów.

Drażliwa sprawa.

Jedni mają bogatą tradycję, zespoły folklorystyczne, reprezentują region, o którym głośno - drudzy nie. Mazowsze dowartościowuje się Szopenem, Podhale Szymanowskim, a Zielonogórskie może się tylko upić z rozpaczy. Hej Góro Zielona, kraino śmiechu i kabaretów, nie ma się czym martwić! W tych zespołach pieśni i tańca nie o zespolenie miedzy ludźmi żywymi chodzi. Chodzi o zespolenie z umarłą hordą przodków oraz instytucjonalnym centrum, które przejęło rolę właścicieli ziemskich.

Może dlatego w Zielonej Górze zrobiono tylko festiwal piosenki radzieckiej, a więc urządzono pieśniarską manifestację związku z Centrum?



Jak nie zostałem wielkopolskim dudziarzem

Jest w sercu Poznania klocowata budowla z brudnego piaskowca - Zamek Wilusia - bo tak ją z uporem nazywają Poznaniacy. Pamięć Poznańczyków jest klarowna i jednoznaczna - brudny klocek to budynek niechciany. Ciągle w nim straszy. Jest spuścizną z czasów prosperity naszych zachodnich sąsiadów. W nim, w czasach już nie tak dawnych, urządzono Pałac Kultury. Mieszkańcy innych miast też czują sprawę takich pałaców. Ów wilusiowy, w samym sercu Poznania, na pewno nie jest symbolem Wielkopolski. A cóż jest jej symbolem?

Na wieży poznańskiego ratusza kozły.
Trykają się dzień w dzień. Tłum gapiów jak w letargu oglą
da to niespieszne zjawisko.
Raz w roku kozła przywołuje się w Wielkopolsce podkoziołkiem. Trykać ma wtedy panny jeszcze nie wydane.
Jest w Wielkopolsce koziołek lednicki z ziemi wydobyty.
Kozioł zdobi wreszcie główkę dud wielkopolskich.

Kozioł symbolem?
Wielkopolska krainą kozła?

W pałacu wilusiowym, w sercu Poznania, mieli dudziarze swą siedzibę. Byłem u nich pod koniec lat siedemdziesiątych. Dla mnie było to arcyciekawe spotkanie. Dziadkowie - stado szerszeni - brzęczeli nutą niespokojną, bekliwą. Z główek instrumentów sterczały buńczucznie różki. Przyjęli mnie życzliwie, cierpliwie objaśniali budowę instrumentów, sposób gry. Chyba byłem dociekliwy, bo przyszedłem raz, drugi, trzeci. Dostąpiłem nawet swoistego, muzykanckiego sekretu, oglądałem zapisy muzyki dudziarskiej dokonane przez samych dudziarzy, a były to niekończące się rzędy cyfr. Każda melodia została sprowadzona do sekwencji cyfr oznaczających palce, które należy podnosić, żeby sensownie zagrać. Melodie były ponumerowane. Cóż za upiorna, niemuzyczna metoda, taka tabulatura dudziarska. Melodii było ponad sto i były grane na wyrywki, "od numeru".

Na szczęście ja dudziarzem nie zostałem i nikt mnie nie szkolił tak niespolegliwie. Rychło wyszło na jaw, że do pałacu jeżdżę tramwajem, żem student. A więc nie byłem "z terenu". Dudziarze sympatii do mnie nie stracili ani ja do nich, lecz od tej pory moje zainteresowanie pozostało moim prywatnym dziwactwem. Nie warto, a chyba nawet nie można mnie było uczyć. Nie dostałem tutaj wstępnych punktów za pochodzenie, ale to znałem już ze studiów.

Minęło prawie dwadzieścia lat i teraz, kiedy bywa, że jestem "muzykiem folkowym" usłyszałem od fachowca - muzykologa, że wciąż czeka na mój normalny rozwój muzyczny, tzn. że zacznę prezentować muzykę z regionu mego pochodzenia i zamieszkania. Bo to się będzie uzasadniało. Dopiero to będzie miało niezaprzeczalną wartość muzyczną - przekonywał. Graj z dudziarzami, albo sam próbuj na dudach, to nie może być trudne dla ciebie - podpuszczał. Obiecywał nagrania i promocję nieistniejącego jeszcze materiału.

Ach! Symbole, symbole.
Brzęczeć symbolami.
Cóż pocznę teraz, który tak nie brzęczę?

Ja, muzyk folkowy, postmodernistyczny koktajl?
Moje Ja?
Ja skazane na małą wartość już poprzez definicję.

Ja bez punktów za pochodzenie, nieautentyczne.
Ja szukające formy, dobijające się ekspresji.
ja prawdy teraźniejszej.
Ja myślące o przyszłości.

Moje Ja.

 

***

Często wędrowałem po wioskach.
Zawsze ku ludziom. Na spotkanie.
Pragnąłem się czegoś konkretnego nauczyć, pogawędzić, wymienić myśli.
Normalny to, prywatny wymiar spotkania.
Bez udawania małpy.

Bez strugania dudka.
Symetria.

Fascynował mnie świat ludzi, którzy byli kiedyś wziętymi muzykami. Dziś, na końcu swej artystycznej biografii - a każdy taką ma - mieli dużo czasu. Dzielili się swoim doświadczeniem z młodym wędrowcem. Toż to ja do nich przychodziłem z innego świata. Jakże chciałem się przekonać, że te nasze światy są podobne. Dziś za najciekawsze, za najwartościowsze z tych spotkań uważam przebłyski zrozumienia czyli momenty odkrywania wspólnego świata.

Spotkać się w oberku - cóż to za człowiecze i kulturowe doświadczenie. Kiedyś chodziłem po wioskach, bo chciałem grać. Spotykałem się z muzykami, bo ich wiedza była autentycznie odrzucona, nie piastowała jej żadna instytucja, którą znałem.

Zachowanie podmiotowości spotkania, wymiana twarzą w twarz, bez redukowania się i uprzedmiotawiania się do roli społecznej, do instytucjonalizmu, to mnie budziło. Nie widziałem w spotkanych muzykach autochtonów, jakiejś ginącej rasy miejscowej, endemitów ustępującego gatunku, szczątków zniesionej warstwy społecznej z dawnych wieków.

Wędrowałem za ludźmi, za spotkaniami i z tych wędrówek pamiętam cudownych, wspaniałych muzyków, którzy tworzą dziś moje wyobrażenie o tym, czym jest kultura tradycyjna. Oni je zbudowali, ale nie bez mego wysiłku. O tych spotkaniach jeszcze kiedyś napiszę. Chcę wspomnieć ludzi o roziskrzonej, plastycznej wyobraźni, ludzi mówiących piękną polszczyzną. Działo się to na Lubelszczyźnie, w Zamojskiem, na Kurpiach i to w najbardziej "zapadłych" wioskach. Nauczyłem się pokory i oduczyłem pojęć, które okazały się nieprzydatne w tej wędrówce. Splątałem się pokoleniowo chodząc po wioskach zamiast konfliktować, uprawiając kawiarniane dyskusyjki. "Konflikt pokoleń" mnie ominął w tym chodzeniu.

Kultura tradycyjna stała się odtąd dla mnie sprawą odpowiedzialności i troski tych, których spotykałem. To było i jest ich życie, a troszeczkę moje, poprzez tamte spotkania.

Potem ruszyłem w podróż szukać nowego środowiska dla wzrostu tradycyjnych form.

Maciej Rychły



Tekst ukazał się w "Czasie Kultury" 1/99
ul. Tęczowa 3
60-275 Poznań
tel/fax. (061) 861 97 01
obserwator@writeme.com
Informacja o piśmie na serwerze Fundacji Batorego
do tego numeru pisma dołączony jest również CD z nagraniami polskich zespołów folkowych (spis treści płyty) Cena pisma: 8.90 zł

tekst opublikowany na terrasi za zgodą autora i redakcji



6.09.99:::Kwartet Jorgi :: www.terra.art.pl::::terra@terra.art.pl:::::dźwięki::